Site icon All About Music

J. Cole – 2014 Forest Hills Drive (2014), recenzja Tomasza Pawelca

To nie był zbyt obfity rok dla hip-hopu. Nie wiele się działo zarówno w Polsce, jak i za oceanem. Tę sytuację miał zmienić „year-killer” od J. Cole’a, który choć nie był wcale promowany – otoczył się ogromnym zainteresowaniem i oczekiwaniem na premierę. Czy rzeczywiście to album roku?

Kim jest Jermaine Lamar Cole? Na pewno nie pionkiem. Choć chłopak ma na koncie dopiero 3 albumy, każdy szanujący się słuchacz rapu zna jego nazwisko. Był nominowany do Grammy w kategorii Best New Artist. Zadebiutował z albumem Cole World: The Sideline Story, który w pierwszym tygodniu sprzedał się w ilości 217 tysięcy egzemplarzy i zadebiutował na szczycie listy Billboardu. Jeszcze lepszą sprzedaż osiągnął jego follow-up. Born Sinner to zresztą jeden z najlepszych albumów hip-hopowych nie tylko 2013 roku, ale też ostatnich lat.

Nic więc dziwnego, że w J. Cole’u pokładano nadzieję na odmianę tego dość bezbarwnego w ostatnich miesiącach świata rapu. Sam artysta miał w nosie jednak tradycyjne nakręcanie atmosfery przed premierą. Krótko przed trafieniem na półki sklepowe 2014 Forest Hills Drive wydał tylko krótkie, niezdradzające fabuły krążka Intro. Był to moim zdaniem traf w dziesiątkę. Podczas gdy inni raperzy przed premierą wydają po kilka singli, sprawiając, że choć materiał jest dobry – po przesłuchaniu całości okazuje się mdły i osłuchany, tu raper odpuścił sobie promocję. Przekazał nam jasny znak: „Chcesz mnie? Poczekaj a się nie zawiedziesz”. Na mnie zadziałało, bo do premiery skreślałem ilość dni na kalendarzu.

2014 Forest Hills Drive to album niesamowicie osobisty dla Cole’a. Tytuł nawiązuje do adresu domu, w którym się wychował i który udało mu się niedawno nabyć. To bardzo ważne dla Jermaine’a miejsce możemy zobaczyć na okładce (piękna jest, prawda?) a także w klipie do Apparently. Ten kawałek to mój faworyt z całego albumu i bardzo się cieszę, że to właśnie on jest pierwszym pełnoprawnym singlem. Daję szkolną piątkę z plusem za połączenie rapu z nowoczesnym r&b. Szczery kawałek, opatrzony w pełen wspomnień z dzieciństwa klip. Nie wypełniony półnagimi panienkami i toną lansu. To się podoba ludziom – w ostatnich dniach zauważyłem ogromną ilość udostępnień teledysku na Facebooku.

Choć mój gust muzyczny ewoluuje z rapu w stronę pbr&b, wciąż go sporo słucham. I muszę przyznać, że już dawno nie słyszałem tak równego i dopracowanego albumu. Skipowanie nie ma prawa mieć miejsca w przypadku 2014 Forest Hills Drive. Album to godzinna opowieść o życiu rapera, zaczynając już od narodzin (28th January). Aż szkoda, że Cole nie urodził się dzień wcześniej – mógłbym się szczycić, że to utwór na cześć moich narodzin ;-). I choć pokazałem wam już mojego faworyta, na albumie jest o wiele więcej mistrzowskich kompozycji, które usłyszane rano nie wychodzą z głowy do późnego wieczora. Należy do nich Wet Dreamz. To utwór, w którym raper bez skrępowania opowiada o pierwszym razie z dziewczyną. Traktuje słuchacza jak brata, któremu ufa. Moją uwagę przykuła też parafraza noweli Charles’a DickensaA Tale Of 2 Citiez, gdzie Cole opowiada jakiego szoku doznał po przeprowadzce do Nowego Jorku z rodzinnego miasta.

Nie zabrakło też słownych zaczepek w stronę innych artystów w Fire Squad. Ok, rozumiem wyśmiewanie Grammy dla Iggy Azalei, jestem jeszcze w stanie zrozumieć krytykę nadmiernego zachwytu nad Macklemore (dla przypomienia – The Heist zostało albumem roku w kategorii hip-hop), ale moim zdaniem J. Cole posunął się o krok za daleko. Ma pretensję, że dziś kasę na tzw. czarnej muzyce robią głównie biali. Za przykład podaje Justina Timberlake’a czy Eminema. Problem w tym, że ci panowie chwilowo są ligę wyżej od bohatera recenzji.

Pomijając ten mały szczególik, nie mający zbyt dużego wpływu na ocenę, J. Cole wydał album niemalże idealny. I choć materiał nie jest zbyt dużym odchyleniem od poprzednich produkcji, w 2014 Forest Hills Drive czuć jednak nutę świeżości. Szczerość jest w cenie. Album w pierwszym tygodniu sprzedaży rozszedł się w 350 tysiącach egzemplarzy, debiutował na pierwszym miejscu listy Billboard 200 a także pobił rekord Spotify w streamowaniu albumu w pierwszych siedmiu dniach po premierze. A Polska? Album u nas nie jest dostępny. Brak mi na to komentarza… Pozostaje liczyć, że za jakiś czas zobaczymy J. Cole’a siedzącego na dachu swojego domu w najlepszych sklepach muzycznych naszego kraju. Odpowiadając na pytanie z pierwszego akapitu: tak, jest to najlepszy album w całej rapgrze w tym roku. A może to nie tylko najlepszy album hip-hopowy? Tego dowiecie się za jakiś czas w podsumowaniu roku.

Exit mobile version