Po latach spędzonych na scenie, spełniło się wreszcie marzenie Izabeli Szafrańskiej, a także myślę, że również części jej fanów. 25 marca do sieci i sprzedaży trafił album Żydowska Ulica/Jewish Street, na którym to możemy odkryć to, co od zawsze grało w jej sercu, czyli muzyka żydowska. W 2020 roku, miałem przyjemność recenzować jej płytę ZBursztynu, która była z kolei bardziej poetycka i nastrojowa. Teraz przyszedł czas na inne brzmienia.
Ten, kto śledzi działalność Izy nieco dłużej i głębiej, niż od momentu, w którym wypłynęła na szersze wody, a mam tu na myśli jej udział w The Voice of Poland, wie, że jej największą miłością jest właśnie muzyka żydowska. W pewnym momencie swojego życia zafascynowała się muzyką żydów sefardyjskich, czym zaraziła swoje siostry, z którymi stworzyła El Saffron. Razem koncertowały, propagując muzykę klezmerską, później przyszedł czas na solową karierę, a teraz także na solowy album z takimi brzmieniami. Na płycie tej Iza śpiewa w kilku językach. Mamy utwory w naszym rodzimym języku, ale także po hebrajsku, czy ladino.
Nie da się ukryć, że odkąd poznałem twórczość tej artystki i to, co jej naprawdę w duszy gra, po cichu czekałem na ten właśnie moment. Jej projekty i koncerty związane z muzyką klezmerską zawsze były na wysokim poziomie. Nie mam tu na myśli samego poziomu muzycznego, ale także artystyczny. Wszystko to tworzyło zawsze zgraną i kunsztowną całość. Do współpracy przy albumie artystka zaprosiła muzyków, którzy współpracują z nią od dłuższego czasu jak np. Przemysław Zalewski (instrumenty klawiszowe). Pojawiły się również osoby związane z dużą sceną muzyki rozrywkowej, czyli dwóch bardzo zdolnych panów z zespołu Enej: Piotr „Lolek” Sołoducha (akordeon), który zajął się produkcją płyty, oraz zagrał na akordeonie, a także Kornel Kondrak (perkusja). Oprócz nich skład uzupełnili świetni muzycy tacy jak Maciej Magnuski (bas), Łukasz Belcyr (gitara), Przemysław Skałuba (klarnet, saksofon) i Marcin Drabik (skrzypce).
Na płycie znalazły się utwory bardziej współczesne, tak zwane klasyki muzyki żydowskiej oraz nowe kompozycje. Jedną z takich nowych kompozycji jest singiel promujący płytę, Spadłam ci ze słonka, do której tekst napisał Jan Kondrak, zaś muzykę Marcin Partyka, który stworzył z Izą jej debiutancki krążek. To bardzo pogodny i żywy utwór. Występują w nim liczne zmiany tempa, wolniejsze zwrotki, szybsze refreny. Słuchając go, nie da się ukryć inspiracji ludową muzyką, o czym wspomina sama artystka. Podoba mi się rytmika tej kompozycji i jej skoczność.
Będąc już przy utworach w naszym języku, warto wspomnieć o takich kompozycjach, jak hipnotyzujący i nostalgiczny Ślub, chwytające za serce Tą Uliczką, oraz jeden z klasyków Rebeka. W tym ostatnim podoba mi się to, jak Iza wraz z muzykami bawią się muzyką. W pewnym momencie tempo narasta do takiego, że przechodzimy w gatunek muzyki ska. Dość ciekawy zabieg, ale jak dla mnie bardzo na plus. Tego mi brakuje czasem słuchając płyt polskich, czy zagranicznych artystów. Właśnie elementu zabawy, wszystko tworzone jest głównie od linijki, albo elektronicznie. W przypadku Żydowskiej Ulicy mamy zupełnie odmienną sytuację, którą postaram się rozwinąć na koniec recenzji, jednak wspomnę, że tu po prostu czuć luz.
Dobrym otwarciem albumu jest Shalom Aleichem. Mimo, że nie jest to utwór bardzo porywający, to ma w sobie coś urzekającego. To co jest wyjątkowe w głosie Izy, ale także w tym jak go prowadzi, jest to, że potrafi ona nim „malować”. Właśnie tutaj pojawia się owe malowanie, co pozwala słuchaczowi przenieść się w zupełnie inny świat, zrelaksować się przy pięknych dźwiękach. Z kolei w Morena Me Ilman podoba mi się wyraźna i mocno poprowadzona linia basu wraz ze świetnie akcentowanymi dźwiękami i momentami. Jednym z ciekawszych utworów jest Bei Mir Bistu Shein, zdecydowanie polecam. Genialny początek, podczas jego słuchania myślami przeniosłem się do czasów dwudziestolecia międzywojennego, a przed oczami pojawił się obraz dawnej Warszawy. Jest to kompozycja typowo instrumentalna, w której każdy z muzyków pokazuje swój kunszt, bardzo sprawnie poruszają się w swingowo-jazzowych rytmach.
Zbliżamy się do końca, przyszedł więc czas na moje dwie perełki, o których chciałem wspomnieć. Pierwszą z nich jest Jaco. Mnogość detali i dźwięków w tym utworze jest ogromna. Dlatego na uznanie zasługuje wykonanie roboty przez muzyków i Izabelę. Fajnie, że mamy w nim pole do popisu dla instrumentalistów, w formie małego pojedynku na solówki. Najlepszym jednak jak dla mnie utworem, a jednocześnie największym zaskoczeniem jaką formę przybrał jest Aman Minush. To bardzo ciekawa interpretacja z rockowym pazurem, której niekoniecznie spodziewałbym się po Izie. Na uwagę zasługują tu jej genialne góry, momentami słuchając jej głosu miałem dosłownie ciarki, coś niebywałego! Prawdziwą wisienką na torcie jest tutaj genialne i niespodziewane solo gitarowe Łukasza Belcyra, miód na moje uszy. Krążek zamykają cover klasyku Hallelujah oraz nostalgiczne Warszawo ma.
Żydowska Ulica jest albumem bardzo wyjątkowym. Brakowało mi takiej płyty od momentu wydania krążka przez Kayah z Transoriental Orchestra. Więc cieszę się, że moje oczekiwania w końcu zostały zaspokojone i to w dodatku taką perełką. Wspominałem wcześniej o tworzeniu płyt i utworów od linijki, jakby mechanicznie. Tutaj na szczęście tego nie usłyszymy. Zarówno Iza, jak i muzycy doskonale czują się w tym co robią i słychać, że bawią się muzyką. Gdy dodatkowo uświadomimy sobie, że nagranie pyty zajęło zaledwie 3 dni i to przy tak skomplikowanym materiale muzycznym, to nie ma wątpliwości, że mamy do czynienia z wybitnymi fachowcami w swoim zawodzie. Nie zawsze da się to wyuczyć luzu w graniu czy śpiewaniu, prostu trzeba go w sobie mieć. Izabela z pewnością go ma, to jak jej głos operuje w tak odmiennych dla nas i czasem nieznanych językach zasługuje na ogromne uznanie. Można odnieść wrażenie, że po prostu urodziła się z darem, do wykonywania muzyki żydowskiej. Im więcej słucham tej płyty, tym bardziej mi się ona podoba. W pewnym sensie, ten luz muzyków powoduje, że możemy poczuć się nie jakbyśmy słuchali płyty, a byli po prostu na koncercie. To bardzo wyjątkowe uczucie, dlatego też bardzo lubię ten album. Od jego wydania minęło już trochę czasu, dlatego był to dobry moment, by podejść do tej recenzji na chłodno. Na koniec mogę dodać, że zachęcam Was drodzy czytelnicy do zapoznania się z twórczością Izy Szafrańskiej, jak i jej najnowszym dziełem. Na pewno nie pożałujecie, bo ta dziewczyna zdecydowanie ma talent!