Dzisiejszy tekst w jakimś stopniu będzie nawiązywał do zeszłotygodniowego, w którym to opisałem małą rewolucję, jaką rozpoczęli Irlandczycy z U2, wydając swój nowy album Songs Of Innocence poprzez serwis iTunes. W pełnym skrócie: odpuścili sobie premierę świeżego materiału na płycie CD-> udostępnili go do pobrania za darmo w serwisie firmy Apple -> dobrze wiemy, że nic na świecie nie jest darmowe, dlatego najdroższa marka świata zapłaciła Bono i spółce 100 milionów dolarów.
Bardzo mnie ucieszyło, iż wielu czytelników postanowiło podzielić się swoimi opiniami, za co serdecznie im dziękuję. O to mi właśnie chodzi. Pamiętajcie, że te felietony tworzę dla Was, a nie dla siebie. Mam nadzieję, że ten wpis również sprokuruje dyskusję, ponieważ jego tematyka nadaje się do tego idealnie.
Zastanówmy się: czy pobierając LEGALNIE muzykę z sieci szkodzimy artystom? Piractwo muzyczne zostało już opisane miliony razy, to proceder tak powszechny, że wśród Was nie wzbudziłby prawdopodobnie żadnego zaciekawienia. Dlatego dzisiaj chciałbym poruszyć temat – podkreślam to bardzo dokładnie i wyraźnie – legalnego nabywania utworów oraz płyt w serwisach typu iTunes. Wydawać by się mogło, że chyba nikt nie powinien krytykować kupowania muzyki zgodnie z prawem. My płacimy, autor utworu dostaję kasę. Wszyscy są zadowoleni. Czy aby na pewno?
Nikki Sixx, członek rockowej grupy Mötley Crüe, czy James Blunt uważają, że nawet legalnie nabywając piosenkę, zatraca się magię płyty. Według nich każda kompozycja to część pewnej całości, jaką jest album muzyczny. Utwór porównują do rozdziału książki. Ciężko wyobrazić sobie przyswojenie Buszującego w zbożu czytając jedynie kilkanaście stron tego dzieła. Poza tym, albumy często posiadają charakter koncepcyjny, tzn. każdy utwór nawiązuje do jednego, nazwijmy to „ogólnego tematu”, który jest przesłaniem całej płyty. W takim razie, czy słuchając tylko 3, 4 piosenek z The Dark Side Of The Moon Pink Floyd zrozumiemy jej idee? Oczywiście są głosy mówiące, że nie każdy album jest konceptem, że wśród nowego materiału znajdującego się na krążku komuś podoba się jedynie parę kompozycji i to właśnie je chcą zakupić. Jednak muzycy wydają je jako cały organizm, a nie poszczególne organy. Dlatego myślę, iż skoro przekazują je nam w takim formacie, to właśnie w takim, a nie innym powinniśmy je nabywać.
W swoich tekstach często podkreślam, że jak bardzo chcielibyśmy myśleć inaczej, w muzyce liczy się kasa. To biznes przynoszący ogromne zyski autorom wspaniałych albumów muzycznych. Mick Jagger, Paul McCartney czy Bono to goście, którzy raczej nie klepią biedy. Część ich niebotycznego majątku to właśnie pieniądze ze sprzedaży płyt. Czy wiecie na jakiej zasadzie zespoły otrzymują za nie wynagrodzenie? Wszystko zależy od tego, który z członków został wpisany jako autor do ZAIKSu (instytucji zajmującej się prawami autorskimi). W części kapel istnieje zasada „koleżeństwa” w pozytywnym tego słowa znaczeniu, kiedy to cały skład zostaje umieszczony jako twórcy i zyski dzielone są wtedy po równo. Jednak nie zawsze tak jest. Zazwyczaj pod kompozycją podpisuje się osoba wymyślająca piosenkę, bez gitarzysty, basisty czy perkusisty, którzy nagrali partie swojego instrumentu. Wtedy schemat zarabiania jest prosty – za pobranie pojedynczego utworu pieniądze otrzymuje tylko jego autor, a nie cały zespół. W momencie, gdy kupujemy płytę w sklepie, cała kapela dzieli się zyskami. Widać różnicę? Co prawda żyjemy w czasach, gdy konsument to osoba świadoma, która nie będzie zbędnie wydawała swoich ciężko zarobionych pieniędzy. Dlatego, gdy nie potrzebuje całego albumu, to po prostu kupuje tylko jedną czy dwie kompozycje. Nie krytykuję tego, bo sam rozumiem taki tok myślenia, ale trzeba pamiętać, że nabywając z płatnego serwisu piosenkę Smells Like Teen Spirit Nirvany, Dave Grohl i Kirst Novoselic (reszta składu) nie otrzymują za nią ani centa.
Każdy medal ma dwie strony – i nie inaczej jest w tym przypadku. Powyższe akapity pokazały, iż nawet pobieranie muzyki zupełnie zgodnie z prawem, może w pewnym sensie nie być pożądane przez artystów i zespoły. Dopóki będą wydawane albumy muzyczne, a nie tylko i wyłącznie pojedyncze single nie promujące długogrającego wydawnictwa, to możliwość kupowania kilku utworów z płyty stanie się wrogiem formatu albumu studyjnego. Nie można też generalizować opinii gitarzysty Mötley Crüe, czy autora hitu You’re Beautiful, gdyż nie jest to zdanie całego środowiska. Oczywiście, nie powinno się też przechodzić obok ich słów zupełnie obojętnie, dlatego między innymi napisałem czytany przez Was tekst. Z drugiej strony trzeba mieć na uwadze kilka faktów: na przykład to, że bardzo często piosenki kupione w iTunes są w lepszej jakości niż te same kompozycje znajdujące się na płycie CD. Łatwość pobierania, możliwość kupna albumów trudno dostępnych w sklepach to kolejne argumenty za serwisami oferującymi pliki muzyczne. Potrafię zrozumieć podejście jednej i drugiej strony, ale dopóki piractwo muzyczne będzie tak popularnym procederem zupełnie akceptowanym przez społeczeństwo, to krytyka legalnego nabywania muzyki wydaje się być zupełnie nie na miejscu. Dziękuję, do usłyszenia za tydzień.
