
Gdy laik słyszy Mitch & Mitch, myśli sobie Wodecki. To Ci, którzy nagrali z nim jego starą płytę i nadali jej nową młodość. Rzeczywistość okazuje się jednak dużo bogatsza – to projekt, który wciąż pokazuje się od najlepszej strony. Tym razem w Toruniu pokazali inwazję wszelkich dźwięków.
Mitch & Mitch to przede wszystkim grupa świetnych muzyków, którzy nie ograniczają się do jednego instrumentu. Dla przykładu taki Mad Mitch, który gra na saksofonie, świetnie odnajduje się także na flecie, Crackin’ Mitch świetnie grający na wibrafonie, wspomaga zespół również na bębnach, a jeden z głównych Mitchów oprócz gitary, wybrał sobie również instrumenty perkusyjne. To wszystko tworzy niesamowitą fuzję najróżniejszych dźwięków przeobrażoną w piosenki. Choć to słowo jest jakby tu zbyt puste, bo ich muzyka to niekończące się dźwięki, które trudno zaszufladkować jako piosenki.
Dźwięki z kolei to najlepsze określenie ich muzyki, bo nie da rady jej zaszufladkować. Na żywo słyszymy dźwięki pospolitego popu, ale i fuzję jazzu, funku, lekkiej, ale i gitarowej muzyki rockowej. Jest tu miejsce na eksperymenty, na zabawę dźwiękiem, na specjalne instrumentalne przedłużanie danego utworu, który niejednokrotnie słyszany jest jako zlepek jakby różnie przedstawionych interpretacji. Słuchacz się nie nudzi i z każdą kolejną minutą odkrywa coś nowego. Nawet nie znając ich twórczości można z całą pewnością dobrze się bawić na koncercie.
Na uwagę zasługuje również świetne poczucie humoru muzyków, od których bije entuzjazm na scenie. A to zostawiają perkusistę samego na scenie, aby mógł pokazać się z jak najlepszej stronie, a to Mitch zwraca się do publiczności w żartobliwym tonie. Nawet klasyczne zakończenie koncertu jest wyróżniające się. Muzycy kłaniają się sami sobie, poczym dopiero publiczności. Wszystko, aby było wesoło. Bo przecież przyszliśmy tu dobrze się bawić. I tak było!

