Kiedy Arturek zaśpiewał w szkole piosenkę, jego nauczycielka się rozpłakała. Odkąd umiał mówić, umiał też śpiewać – ale nie śpiewać wesołe rymowanki i piosenki z bajek, jak inne dzieci. Mały Artur Rojek śpiewał utwory melancholijne, ważne, trudne i smutne. Jego zestawienie pięciu piosenek z dzieciństwa przygotowane dla Tidala otwiera Pink Floyd i ich „Another Brick in the Wall”… Myślę, że to mówi samo za siebie.
Piosenki zespołu Myslovitz są w Polsce tak znane, że większość z nas śpiewa je z pamięci, bez refleksji. Są idealnym wyborem na karaoke, lecą na weselach i na mocnych popijawach u starych i młodych. Trudno powiedzieć, czy gdyby do naszej świadomości dotarł tragizm tekstów pokroju „Wiem kolejny raz, nie mam szans być kim chcę”, zrezygnowalibyśmy z tego repertuaru przy wspólnch celebracjach, czy może tym bardziej podkręcilibyśmy głośność, bo tak mocno do nas trafiają. Wersy z płyt Myslovitz i Artura Rojka są zwierciadłem narodowych wad, ludzkich wątpliwości, społecznych bolączek, niepokoju i otuchy, którą daje miłość. Ta ostatnia jednak nie pojawia się w zbyt pozytywnym kontekście – otaczają ją słowa typu śmierć, poczucie winy, kłamstwo, depresja.
Ktoś mógłby pomyśleć, że takie przemyślenia wynikały z życia w szarej Polsce ubiegłego wieku, nocnej pracy w gronie mężczyzn, nacisku ze strony wydawnictwa etc. Jednak swoją karierą solową Rojek udowadnia, że jest szczerze uzależniony od melancholii i przewlekle chory na refleksyjność. Nawet współpraca z ludźmi, którzy współtworzyli popowego „Małomiasteczkowego” nie zdołała go wyrwać z ponurych szponów rzewnego sentymentalizmu, czy może raczej ironicznego pesymizmu. Myślicie, że przesadzam? To jak inaczej opisać wersy:
Gdzie wy sie pchacie?
Tu już jest pozamiatane
Wszystkich nas czeka to samo – chujowy hip hop
Bóg jest lub go nie ma, I tak stracisz wszystko
Interpretować Rojka na deskach teatru to nie lada wyzwanie, ale skoro jemu samemu udaje się porwać młodych ludzi do skakania i klaskania na jego koncertach, to znaczy, że jednak się da. Udało się z pewnością studentom kierunku Aktorstwo i Wokalistyka warszawskiej Akademii Teatralnej. Młodzi aktorzy zdecydowali się przygotować spektakl muzyczny, największą wagę przykładając w nim do śpiewu. Scenografię stanowi zaledwie kilka czarnych krzeseł i kreda. Kostiumy to białe spodnie i góra związana bandażem. Występujący nie odgradzają się niczym od publiczności, mają bose stopy, gołe ramiona, nagie brzuchy i wzrok utkwiony prosto w publiczność. Prosty wygląd sceny i aktorów tworzy intymny i kameralny nastrój, i pozwala zatracić się w muzyce. Choreografia została ewidentnie dobrze przemyślana, jednak zdecydowanie ustępuje miejsca wokalnym interpretacjom utworów Rojka. Do każdej piosenki aktorzy podeszli indywidualnie, wydobywając z niej najmocniejsze fragmenty. Czasem jest to krzyk „strach”, czasem wspólny jęk „beeksaa” a jeszcze innym razem występ solo z akompaniamentem łez (przyznaję, że w sali było gorąco, ale w ciemności miałam wrażenie, że to nie pot ocierają z policzków ludzie siedzący wokół mnie).
Dzięki świetnej dykcji oraz czystej i przearanżowanej linii melodycznej, covery młodych aktorów AT bardzo wyraziście podkreślają przesłanie tekstów Rojka. Na wielkie brawa zasługuje ich kontrola głosu i przygotowanie, bo nawet przy bieganiu, łkaniu czy krzyku nie zdarzyło im się zaśpiewać nieczysto. Mimo trudnego materiału, aktorzy potrafią do tego stopnia kontrolować emocje, aby słuchaczy i rozbawić, i zaintrygować, i przestraszyć i wzruszyć. Na koniec piątkowego występu zaprosili nas wszystkich do grupowego śpiewu, co przypieczętowało poczucie wspólnoty, które wytworzyło się w ciągu tych 60 minut.
Chyba najlepszą rekomendacją tego koncertu jest fakt, że po wyjściu przez kolejną godzinę omawiałam go z przyjaciółmi, a następnego dnia polecałam go rodzinie, znajomym, a teraz i Wam (słuchając jednocześnie „Kundla”!). Spotkanie z takim repertuarem i z takimi wykonawcami uważam za bardzo wartościowy pomysł na spędzenie wieczoru, a powrót do melodii znanych z dzieciństwa jest zwyczajnie przyjemne i roztkliwiające.
Spektakl można (trzeba!) zobaczyć 12 i 13 listopada na Novej Scenie warszawskiego Teatru Roma. Śpieszcie się z zakupem biletów, bo naprawdę warto -> https://www.teatrroma.pl/spektakl/sprzedawcy-marzen/
