Site icon All About Music

Intergalaktyczna wycieczka po niekończące się szczęście. Coldplay – Music Of The Spheres, 2021 (recenzja)

Chyba nie ma takiego melomana, ani niedzielnego słuchacza, który nie kojarzyłby brytyjskiego zespołu Coldplay. Ci za sprawą swojego dziewiątego studyjnego wydawnictwa zatytułowanego Music Of The Spheres zapewne zamarzyli sobie o powrocie w blask jupiterów światowych scen. Jednak chyba nie wszystkim jest w smak ich eskapistyczna ucieczka w kosmiczne przestrzenie, a dlaczego?

Myślę, że spokojnie możemy uznać, że Coldplay już dawno nie należy do świata alternatywnego rocka, ani nawet alternatywnego popu. Chris Martin nie jest rockowcem, jednak moim zdaniem nie jest też sprzedawczykiem, bo artysta jest od tego, aby spełniać swoje ambicje, a tym bardziej, gdy działa w muzyce od blisko ćwierć wieku. Nie mogę się jednak oprzeć wrażeniu, że wybór legendarnego Maxa Martina na producenta Music Of The Spheres to ewidentny znak, że miał powstać album, który generalnie spodoba się wszystkim. Ponadto udział BTS oraz Seleny Gomez wręcz krzyczy „chcemy waszych lajków i wyświetleń”. Taki oto bagaż emocji towarzyszył przed pierwszym doświadczeniem tego albumu i w zasadzie pozostaje ze mną aż do tej pory.

Music Of The Spheres to dziwny przypadek albumu, który w zasadzie nie reprezentuje sobą niczego merytorycznego i wzniosłego, a jednak sprawił mi całkiem sporo przyjemności. Jak to możliwe? Myślę, że ogromną zaletą MOTS jest to, że nie powstawał pod presją przebicia poprzednich dzieł ekipy Chrisa Martina, dzięki czemu mogli w pełni oddać się zabawie przy konsolecie. Coldplay z udziałem Maxa Martina stworzyli klasyczny popowy album, gdzie nie chodzi o przesłanie danych piosenek, bo ważniejsze jest uczucie radości i jej wspólne przeżywanie. Dlatego też świetnie jego pojedyncze utwory sprawdzą się podczas ich nadchodzącej trasy koncertowej. Music Of The Spheres to najprostsza muzyka, jaką można sobie aktualnie wyobrazić, przez co wyróżnia się na tle swojej konkurencji. Jest jednak kilka ale, o których nie można nie wspomnieć.

Czysto muzycznie, Music Of The Spheres to pop z elektronicznym sznytem Coldplay sprzed paru lat, kiedy to ich wielkimi hitami były Paradise, czy Hymn For The Weekend. Tym razem jednak zabrakło tu jakiejś głębi i swobody w samej melodii, która sprawiłaby, że nie myślałbym o nich wyłącznie jako gotowych podkładach pod reklamy na przykład samochodów. Zresztą całe MOTS wydaje się istnieć tylko dla promocji singlów Higher Power i My Universe, mimo, że zapewne powstawał jako jedno pełnoprawne dzieło. Choć nie da się odmówić pozostałym utworom aury beztroskiej radości, nie mam aż tak silnego poczucia chęci przyłączania się do tej celebracji. Tym bardziej, gdy piosenki te za każdym razem brzmią dokładnie tak samo, nie kryjąc w sobie jakikolwiek smaczków. Już po pierwszym przesłuchaniu poznasz całą prawdę o tym dziele, przez co trudno o jego ponadczasowość.

Pomimo swojej względnej płytkości, produkcyjnie Music Of The Spheres jest wprost fantastyczny – zdziwiłbym się gdyby nie był. Co by nie mówić, Max Martin potrafi dopilnować tego, aby utwór był piękny, nawet gdy jest banalnie prosty. Lirycznie natomiast to pisanina o niczym – ładne słówka do ładnych nutek, choć kryje się w nich pewna urokliwość. Ponadto ma to swój sens, bo po cóż silić się na tekstami, gdy po prostu chcemy uciec od rzeczywistości i po prostu posłuchać sympatycznych i niezobowiązujących pioseneczek.

Music Of The Spheres w zasadzie brak złych momentów. Nie zmienia to jednak tego, że drzemie w nim ogromy potencjał, który po prostu nie został w pełni wykorzystany. Na przykład utwór ♾️ (Infinity Sign) to wyłącznie sama melodyjka, która nawet nie jest jakoś szczególnie interesująca i ładna – nawet najgłupszy tekst byłby tutaj wskazany. Podobne uczucia mam wobec ❤️ (Human Heart), któremu nie zaszkodziłaby melodyczna druga część, dodając mu przy tym szlachetności. Świetnie byłoby też gdyby wszystkie interludia zostały muzycznie rozbudowane, bo skoro utwór Coloratura mógł trwać ponad 10 (!) minut, nie widzę problemu aby Music of the Spheres I, II i Alien Choir dostały po ekstra minucie.

Natomiast cała reszta to całkiem udany popowy zestaw przebojów. Higher Power to najlepsze, co ma MOTS mi do zaoferowania. Biutyful, nawet w tej dziecinnej pisowni, jest niezwykle przeurocze. Coloratura to monumentalny utwór, który można po prostu puścić i cieszyć się jego lekkością. Również duety z zespołem BTS i Seleną Gomez są nawet przyjemne, choć niestety, ich miejsce mógł zająć absolutnie ktokolwiek. Natomiast Humankind oraz People of The Pride pomimo swojej dynamiczności, nie oferują mi niczego odkrywczego, jednak z pewnością porwą widownię do bezwiednego skakania w ich takt, kiedy przyjdzie ich czas na koncertowej setliście.

Coldplay za sprawą swojego dziewiątego albumu dokonał czegoś, co udało im się zrobić już parę ładnych lat temu. Nie zmienia to jednak tego, że wyszło im to całkiem sympatycznie. Nie widzę jednak przed Music Of The Spheres rychłego zapisania się w historii muzyki, ani nawet kariery zespołu Chrisa Martina. Minie kilka miesięcy i chyba wszyscy zapomną o jego istnieniu, mimo, że na to nie zasługuje. Ja jestem zadowolony z tej kosmicznej przygody i tego się będę trzymać.

Exit mobile version