Można ich uwielbiać, można nienawidzić, ale ciężko zaprzeczyć, że Imagine Dragons to jedna z największych gwiazd ostatniej dekady. Od momentu gdy w 2012 roku przebój Radioactive zdobył serca milionów słuchaczy na całym świecie, muzycy z Danem Reynoldsem na czele ani na chwilę nie opuścili szczytu. Po zakończeniu trasy Evolve Tour nie pozwolili sobie na przerwę – 9 listopada na półkach sklepowych pojawił się czwarty album studyjny zespołu, Origins. Czy przeskoczyli wysoko ustawioną poprzeczkę?
Opinie dotyczące wydawnictwa są podzielone. Niestety, mimo że bardzo cenię twórczość Imagine Dragons muszę przyznać, że Origins nie dorasta do pięt ich wcześniejszym produkcjom. Zespół aspiruje do bycia jedną z największych kapel rockowych ostatnich lat. No właśnie, tylko dlaczego nagradzany jest w kategoriach rockowych, skoro niewątpliwie grają po prostu komercyjny pop? Nigdy nie określiłabym najnowszych dokonań Imagine Dragons muzyką rockową, a jedynie popem z ewentualnymi elementami lekkiego rocka.
W ucho wpadły mi jak zwykle doskonale wybrane single. Pierwszym z nich jest otwierające album Natural. To świetna piosenka o ciekawej linii melodycznej, intrygujących efektach i umiejętnie stworzonym tekście. Miałam już przyjemność usłyszeć ten kawałek na żywo i widzieć, jak porywa tłumy fanów. Nie mam wątpliwości, że to jedno z najlepszych dotychczasowych dzieł Imagine Dragons oraz godny następca przebojów jak Radioactive czy Thunder. Kolejnym singlem, który przypadł mi do gustu jest Machine. Mimo że nie umywa się do Natural lub innych przebojów zespołu to wciąż ciekawa, dynamiczna kompozycja, która zapada w pamięć i sprawia, że przyjemnie się do niej wraca. Całkiem nieźle na tle albumu wypada też trzeci singiel, czyli Bad Liar. Brakuje mu mocy i ,,tego czegoś”, co łapie słuchacza za serce, ale może sprawdzić się jako lekki przebój radiowy.
Oprócz singli mamy tu również Cool Out, odtwórcze Boomerang oraz Digital, w którym wykorzystano tak wiele dziwnych dźwięków, że wywołują one jedynie ból głowy. Podobnie jest z opartym na połączeniu perkusji i elektroniki Only. Sytuację ratuje miłe dla ucha Bullet In A Gun, w którym sięgnięto po rozwiązania, które niegdyś urzekły mnie w twórczości Imagine Dragons. To mocny, wpadający w ucho kawałek, nie zabrakło w nim eksperymentów, ale nie są one hałaśliwe ani męczące. Ten utwór na pewno znajdzie się na mojej playliście, obok Natural jest moim zdecydowanym faworytem.
Bronią się jeszcze takie kawałki jak spokojne Stuck czy rytmiczne, pozytywne West Coast. Pozytywne wrażenie wywarło na mnie też umieszczone na wersji deluxe Burn Out, które swobodnie mogłoby zastąpić jedną z piosenek na regularnej edycji wydawnictwa.
Myślę, że muzycy zbyt zachłysnęli się wielkimi (bo i zasłużonymi) sukcesami Smoke+Mirros oraz Evolve i za bardzo pospieszyli się, wydając ich następcę. Nie dali sobie potrzebnego czasu na przemyślenie i dopracowanie tego albumu. Stworzyli go przecież równocześnie promując Evolve podczas trasy koncertowej. Twórcy dokonali czegoś niebanalnego, nie zrobili przerwy między promocją jednego albumu a premierą następnego, niestety jednak stali się doskonałym przykładem tego, że nie zawsze odważne decyzje okazują się słuszne. Słychać eksperymenty, próby wprowadzania nowych brzmień czy rozwiązań wokalnych, jednak brakuje w nich charakterystycznej dla Dragonsów autentyczności i szczerości. Dan Reynolds dał się już poznać jako dobry tekściarz, ale teraz nawet słowa, które chciał przekazać tracą swój wydźwięk. Szkoda, mam szczerą nadzieję, że następnym razem dadzą z siebie więcej. Przecież wiemy już, że są do tego zdolni.

