Poziom muzycznej dyskografii Iggy Azalei idealnie zwizualizować może matematyczna sinusoida. Artystka od czasów komercyjnego debiutu w postaci „The New Classic” zaczęła zsuwać się po równi pochyłej, z minimalnymi wyjątkami w postaci mini-albumów. Drzemiący w Niej potencjał przykrywały niedopracowane produkcje i chęć usilnego połączenia undergroundowego rapu z radiową komercją. Gwoździem do trumny stał się jej ostatni album „In My Defense”. I kiedy wszyscy myśleli, że to koniec, ona faktycznie ogłosiła, że to koniec. Jednak wcześniej wydała najlepsze wydawnictwo muzyczne w swojej karierze.
Nikt nie zostawił suchej nitki na ostatnim długogrającym wydawnictwie Iggy Azalei – In My Defense, który brzmiał jak zlepek przypadkowych utworów stworzonych na kolanie. Niedopracowane piosenki, wyjątkowo przeciętna produkcja i słabe teksty – zwłaszcza w refrenach, które składały się z kilku zapętlonych słów. Wszyscy wróżyli jej rychły koniec kariery i nikt nie wierzył w to, że raperka jest w stanie stworzyć jeszcze coś dobrego.
I niczym jak feniks z popiołu, bez najmniejszej presji w zaciszu domowym powstało End Of An Era. Brak chęci zdobycia list przebojów, brak presji ze strony wytwórni zaowocowało płytą, która przepełniona elektrycznymi dźwiękami na długo mogłaby podbijać klubowe playlisty na całym świecie. Wyciągając wnioski z poprzednich wydawnictw, Iggy Azalea wyszła z bezpiecznych melodii, które znudziły się całemu światu i uderzyła w mocno elektroniczne, głębokie dźwięki. Jak sama powiedziała: „pod kątem muzycznym, bity są zbliżone do tych z początków kariery, bardziej elektroniczne i nasycone latami 80′.” Jedyne skojarzenie, to: „letnie wakacje w Miami na jachcie”.
Dźwięki, które w połączeniu z niegrzeczną odsłoną artystki zaowocowały mocno pikantnym, ostrym albumem, w którym artystka porusza kwestię narkotyków, seksu, ciemnej strony show-biznesu, planów na przyszłość i macierzyństwa. „We in Miami, the pussy is sweet, gotta meet in the candy, yeah, yeah, I’m in the moment, we livin’ for now, we ain’t gettin’ no younger, Do what I wanna, have sex with a stranger, I gave him my number”. Iggy zrywa z wizerunkiem grzecznej mamy, która powinna zająć się wychowywaniem dziecka, wyciąga środkowy palec i otwarcie mówi: „Got designer on my body, got designer for my son, I ain’t worry ’bout the press, I can see you pressed, you a mess.”
End Of An Area jest podsumowaniem ostatnich dziesięciu lat w karierze muzycznej Iggy Azalei. Album w domyśle został podzielony na cztery różne segmenty reprezentowane przez określony wiek w życiu artystki. I są to kolejno: lata 20 – wyraźne, eksperymentalne brzmienia zamknięte w nurcie elektroniki (Trap Gold), lata 24 – próba połączenia komercyjnego popu z rapem i usilna walka o szczyty list przebojów (The New Classic), lata 28 – miejskie brzmienia reprezentowane przez In My Defense i lata 30 – czyli okres, w którym aktualnie znajduje się raperka – spełniona matka, spełniona artystka, która zaczyna poznawać się na nowo w innych dziedzinach życia.
Z każdego etapu w swoim rozwoju, artystka wyciągnęła to, co najbardziej przyciągało fanów na przestrzeni ostatnich dziesięciu lat. Mroczniejsze, agresywniejsze melodie, bezpruderyjność i stanowczość, która objawiała się wyborem drogi bez kompromisów. Również cięty język i brak odgórnej cenzury pozwolił artystce mówić otwarcie o tym co ją mierzwi – bez obawy, czy rozgłośnie radiowe chętnie będą grały jej utwory.
I w tym momencie aż szkoda żegnać się z karierą muzyczną Iggy Azalei. W momencie, w którym pokazała, że jednak potrafi i jak nic nie musi, to może stworzyć coś niesamowitego, coś czego nie spodziewał się dosłownie nikt. Kiedy rozwinęła skrzydła na dobre i ze świata muzyki zaczęły spływać dobre słowa na temat jej twórczości, to ta postanowiła zabrać swoje zabawki, i pójść do innej piaskownicy. Szkoda, ale decyzję należy uszanować. Niemniej jednak End Of An Era to piękne zakończenie dotychczasowej kariery muzycznej i niesamowita pamiątka dla fanów, którzy przez lata będą eksplorować jej ostatnie dokonania w sferze muzyki.

