Islandia to specyficzny kraj. Kojarzy nam się przede wszystkim z zimnem, śniegiem, ale także z pięknymi krajobrazami, zorzami polarnymi czy gejzerami. W muzyce głównie z Björk, choć fani Eurowizji na pewno przypominają sobie Hatari, znanych z antykapitalistycznych poglądów i stylistyki BDSM. Festiwal Iceland to Poland miał przybliżyć nam nieco inne – spokojniejsze i bardziej elektroniczne brzmienie z Krainy Lodu. I to się w dużej mierze udało, choć nie obyło się bez niedociągnięć.
Jesteśmy w ciemnej sali warszawskiej Progresji. Atmosfera raczej spokojna, choć wśród zebranych można wyczuć pewną dozę ekscytacji tym, co za chwilę się wydarzy. Nie będzie żadnych kontrowersji, krzyków, ciężkich gitarowych riffów i ludzi tańczących pogo pod sceną. Ma być chilloutowo i tajemniczo. W tej onirycznej atmosferze na scenę cichutko wchodzi Mr Silla. Mimo początkowych problemów technicznych, drobna blondynka zaczyna hipnotyzować publiczność. Jej delikatny głos, a jednocześnie emocjonalny i pełen pasji świetnie wprowadza w atmosferę całego wydarzenia. Mr Silla, a właściwie Sigurlaug Gísladóttir to multiinstrumentalistka znana z działalności w zespole múm i projekcie Mr Silla & Mongoose. Z każdym kolejnym utworem Mr Silla wprowadza nas do swojego surrealistycznego świata, czasami mrocznego, czasami melancholijnego. Końcówka występu była już bardziej popowa, uspokoiła emocje słuchaczy, a artystka zeszła ze sceny równie cicho i szybko, jak na nią weszła.
Po krótkiej przerwie na scenie pojawiło się trio aYia. Pląsającej boso po scenie wokalistce towarzyszyli dwaj zakapturzeni koledzy i był to nieprzypadkowy zabieg, gdyż muzycy z aYia chcą, by zwracać uwagę tylko na ich twórczość, a nie ozdobniki. Muszę przyznać, że mocno nastawiałem się na ich dobry występ i nie zawiodłem się. To było mroczne, ambientowe brzmienie, w niektórych momentach eksperymentalne, z subtelnym, miękkim głosem wokalistki, której dziwne ruchy na scenie i zasłanianie twarzy dodawały aury tajemniczości. Występ aYia to zdecydowanie najmocniejszy punkt wieczoru i opinię tę podzielało wiele osób zebranych wczoraj w Progresji, choć akustyka podczas ich występu pozostawiała wiele do życzenia.
Następnie na scenę wkroczyła Lari Lu, a właściwie Anna Józefina Lubieniecka i był to jedyny polski i jednocześnie najbardziej popowy występ tego wieczoru. Była wokalistka Varius Manx dobrze odnajduje się w alternatywnej stylistyce, a jej głos dobrze współgra z elektronicznym brzmieniem i egzotycznymi instrumentami. Wszystko brzmiało naturalnie, spójnie i na wysokim poziomie. Trudno jednoznacznie scharakteryzować twórczość Lari Lu. Na pewno mamy tutaj do czynienia z electronicą, melodyjnym popem, ale jest też trochę ambientu, dlatego przyjęło się mówić, że Lubienieckiej stylistycznie blisko do Imogen Heap. Na pewno warto z uwagą śledzić kolejne artystyczne kroki Lari Lu, a wczorajszy występ potwierdza, że wokalistka dobrze czuje się w nowej odsłonie.
Nareszcie przyszedł czas na headlinera wczorajszego wieczoru, czyli Högni. Były wokalista Gus Gus miał być gwiazdą wieczoru, a zostawił ogromny niedosyt. Jego liryczne teksty i emocjonalny głos obniżyły temperaturę pod sceną i nieco zabiły zabawę. To nie był zły występ, niewielu tak jak Högni potrafi budować iście filmowy klimat, ale wczoraj zupełnie nie wstrzelił się w oczekiwania publiczności. Być może gdyby jego występ otwierał całe wydarzenie, odbiór mógłby być lepszy, tymczasem wielu słuchających opuściło salę podczas jego występu w oczekiwaniu na finałowy akt wczorajszego wydarzenia. Było romantycznie, było melancholijnie, ale nie było energetycznie, a tego chciała publika, która zebrała się wczoraj w Progresji.
President Bongo nie miał łatwego zadania. Musiał sprostać oczekiwaniom widzów, którzy zostali specjalnie dla niego i po koncercie swojego byłego kolegi z Gus Gus raczej nie byli w nastroju do zabawy. I rzeczywiście na początku jego wystąpienia, publiczność raczej stała i przyglądała się pokazowi multimedialnemu wyświetlanemu na ekranie za DJ-em. Cechą charakterystyczną Presidenta Bongo jest dbałość nie tylko o oprawę muzyczną swoich występów, ale także wizualną. Poza działalnością muzyczną, Stephan Stephensen jest także fotografem, filmowcem tworzącym krótkometrażowe filmy, autorem okładek do wielu płyt, a także zapalonym żeglarzem. Wszechstronne zainteresowania Stephana dostrzegalne są także w muzyce, która zahacza o ambient, techno, house, a nawet elementy folku. Oryginalność swojego brzmienia doskonale pokazał również wczoraj, słuchanie go było jako podróż po surowych islandzkich bezdrożach, gdzie natura ma swój ustalony, niczym niezaburzony rytm. President Bongo pozostawił po sobie bardzo dobre wrażenie i można tylko żałować, że wystąpił jako ostatni, przez co nie wszyscy mieli okazję go usłyszeć.
Sporo było o muzyce, a warto poświęcić kilka słów samemu festiwalowi. Iceland to Poland to na pewno ciekawe przedsięwzięcie, tworzone przez ludzi z pasją, którym przyświeca szlachetna idea zbliżania kultur Polski i Islandii poprzez muzykę. Nie udało się jednak uniknąć pewnych niedociągnięć, które w opinii wielu mocno rzutuje na ogólny odbiór festiwalu i jego organizatorów. Jeszcze przed rozpoczęciem wydarzenia, w mediach pojawiały się kolejne doniesienia o zmianach w line-upie. Najpierw zrezygnował zespół Hatari, a obie strony zaczęły przerzucać się winą za brak porozumienia. Później wycofał się FM Belfast, na których występ na pewno wielu liczyło. Podobno z winy zespołu, a konkretniej jego agenta, co sprawiło organizatorom nie lada problemów, zwłaszcza w warstwie promocyjnej festiwalu. Tym większy szacunek dla nich, że zdołali doprowadzić projekt do końca.
Warszawski koncert na pewno można było zorganizować w mniejszej sali, której akustyka lepiej sprzyjałaby klimatowi imprezy. Tym bardziej, że nie dopisała frekwencja, co było dość zaskakujące, zważywszy na to, że była to naprawdę dobra okazja do wysłuchania ciekawych artystów. Mimo wielu trudności organizatorzy nie poddali się i zorganizowali trasę, którą na pewno warto w przyszłości kontynuować. Tegoroczna edycja Iceland to Poland to wydarzenie niszowe, raczej dla koneserów muzyki elektronicznej, ale różnorodność artystów, którzy brali udział w projekcie sprawiła, że praktycznie każdy fan szeroko pojętej muzyki alternatywnej mógł znaleźć coś dla siebie. Organizatorzy zapowiadają, że w przyszłym roku festiwal ponownie zawita do Polski i mam nadzieję, że tak rzeczywiście będzie. Szkoda byłoby zarzucić tak ciekawy pomysł z powodu kilku niedociągnięć, które nijak mają się do wysokiego poziomu artystycznego festiwalu.

