Debiutancki krążek Hurts poznałem dosyć późno, ale do dnia dzisiejszego lubię do niego wracać. Fajne, melodyjne kompozycje z nutką elektro. Z niecierpliwością też czekałem na nowe wydawnictwo zespołu, niestety lekko się zawiodłem.
Exile jest głośne. Bardzo głośne. Przez większą połowę (tak wiem, połowy są równe) dźwięki są głośne, mocno komputerowe, przetworzone. Coś, co na debiucie było bardzo ciekawe, tutaj przewyższa melodyjność kompozycji. Bo kilku kompozycjach po prostu bolą uszy. Oczywiście, jest to jak najbardziej subiektywne odczucie, bo ktoś takie coś może lubić. Na pewno są to kompozycje charakterystycznie.
Całość zaczyna się od tytułowego utworu Exile, który jest dobrym wstępem do albumu i bardzo dobrze go naświetla. Jest na początku tajemniczo, później głośno, donośnie i osobliwie. Kolejne dwa utwory nie podobają mi się. Miracle jest singlem i jest to dla mnie słaby wybór. Sandman również znany jest słuchaczom, bo został za darmo udostępniony do pobrania. Również średnio mnie przekonuje. Dopiero przy Blind mogę się zatrzymać i powiedzieć – ok, to jest całkiem udane. Jednak utwór, przy który śmiało powiedzieć – taaak, to jest! – to piąty utwór na płycie – Only You. Bardzo ciekawa kompozycja, tajemnicza i zapadająca w pamięć. Jeszcze lepiej jest w przypadku The Road, które poznaliśmy jako pierwsze. To jedna z najlepszych piosenek na płycie.
Osobiście brakuje mi na albumie tej melancholijności, która była na debiucie chłopaków. Rozumiem, że chcieli spróbować czegoś nowego, ale w pewnych momentach zatracają to, za co ich polubiłem. Nie mniej jednak nie przekreślam tego albumu, jest dobry, ale momentami rozczarowuje. Nie mniej jednak zdecydowanie warto po niech sięgnąć i odkryć takie utwory jak Help, The Road, Only You czy Somebody to Die For. Jest to kilka naprawdę świetnych kompozycji i trzeba je poznać.
