Jak spożytkować pół wieku życia i muzycznego doświadczenia? Odpowiedź na postawione pytanie uzyskamy podczas słuchania debiutanckiej płyty Hollywood Vampires. Legendarne wampiry rock’n’rolla pod dowództwem Alica Coopera i świeżej krwi – Johnny’ego Deppa wraz z brygadą wybornych muzyków spotkały się po latach, by wspólnymi siłami stworzyć splot wszystkiego, co w rocku niezawodne, unikatowe i w dzisiejszych czasach niespotykane. Co więcej, pozostawiając przy tym wszechobecną komercyjną nagonkę w głębokim poważaniu.
Alice Cooper zapisał się na kartach historii jako twórca i prekursor horror & shock-rocka. Joe Perry z Aerosmith zapewne posiada gdzieś przymocowane do ścian nośniki z metali szlachetnych oraz pokrywające się warstwą kurzu statuetki Grammy, pi razy drzwi ustawione na jakiejś półce. A Johnny Depp… tak, dokładnie TEN Johnny Depp, z wielkiego ekranu wprost do muzycznego studia nagraniowego. Ci Panowie swoje osiągnęli i nie muszą czegokolwiek udowadniać. Reprezentowana przez nich swoboda i wolność w tworzonej muzyce jest jednym z najcenniejszych przywilejów artysty i niestety, z którego nie każdemu jest dane korzystać, czy też w pełni czerpać satysfakcję.
Najprawdopodobniej to właśnie niezależność i darzone sentymentem pewne miejsce w Los Angeles były bodźcem ku wskrzeszeniu Wampirów. Nieformalny klub Hollywood Vampires powstał na początku lat 70-tych z inicjatywy szefa projektu – Alica Coopera. Typowy wieczór na piętrze popularnego wtedy Rainbow Bar & Grill gościł w swoich czterech ścianach m.in. Johna Lennona, Harryego Nilssona, Jima Morrisona, Jimiego Hendrixa. Powróćmy jednak z szalonych lat siedemdziesiątych ubiegłego stulecia do teraźniejszych reali. Mija ponad czterdzieści lat. Zgrany tandem przyjaciół Cooper & Deep daje początek formacji Hollywood Vampires, która zaprasza do współpracy gitarzystę Aerosmith – Joe Perry’ego, basistę Guns N’ Roses – Duffa McKagana, a także muzycznego producenta odpowiedzialnego za sukcesy albumów KISS i Pink Floyd – Boba Ezrina. Dalej szeregi zespołu zostają zasilone przez innych zaprzyjaźnionych muzyków, stąd w jednym miejscu możemy doświadczyć historycznego zatrzęsienia ikon rocka.
Skromny wkład, lecz jakże efektowny! W tle wichru, dźwięków kościelnych dzwonów i organów, rodem ze starych horrorów już od pierwszych sekund zostajemy wprowadzeni w nastrój albumu. Wszystko na mocy narracji w wykonaniu jednego z najpotężniejszych głosów kina – Christophera Lee. Jak się później okazało, monolog The Last Vampire było ostatnim nagraniem za życia legendy i pożegnaniem znamienitego hrabiego Draculi.
W dalszej kolejności przechodzimy do warstwy muzycznej płyty. Na warsztat muzycy wzięli wielopokoleniowe szlagiery Led Zeppelin, Pink Floyd, T.Rex, The Doors, The Who, Johna Lennona i Jimmiego Hendrixa. Prócz odświeżonych klasyków, mamy tu także dwie premierowe kompozycje. Rozpoczynające płytę Raise The Dead i zamykające (podstawę) My Dead Drunk Friends (w tłumaczeniu: Moi zalani w trupa przyjaciele). Obydwie piosenki zostały napisane z myślą o oddaniu hołdu kolegom, którzy niegdyś zbyt dosłownie dali się ponieść głoszonej dewizie sex, drugs and rock’n’roll.
Cofamy się do połowy lat sześćdziesiątych i słynnego kawałka z debiutanckiego albumu The Who – My Generation. Tu w odróżnieniu od kolejnego numeru, aranżacja nie została dosadnie przebudowana. Jest poprawnie, wręcz podejrzanie przyzwoicie. Od kiedy pamiętam, Alice zawsze słynął z ciętego dowcipu, niesztampowego twórczego myślenia i nieokiełznanej wyobraźni. Album nagrany z Hollywood Vampires nie jest wyjątkiem od reguły. Sporo na nim samoironii, żartu z polotem, jednocześnie wszystko zostało doprawione przyciągającą ku siebie przemyślaną koncepcją. Cooper pełniący funkcję wokalisty Led Zeppelin, Roberta Planta? Pierwsza myśl: wokalnie zupełnie dwa odległe światy… a jednak wyszło znakomicie! Jest zabawa i świetne brzmienie. W coverze Whole Letta Love do Alica dołączył lider AC/DC. Brian Johnson swym wkładem wokalnym uświetnił również Another Brick in the Wall Pink Floyd, które zostało nagrane jako medley z kultowym School’s Out dowódcy Wampirów. W utworze słyszymy na gitarze Slasha, Neala Smitha na perkusji, Dennisa Dunawaya oraz Kipa Wingera.
Po licznych zachwytach przyszedł czas na pierwszy i całe szczęście – ostatni, lekki niewypał. Mowa o piosence autorstwa Randy California, I Got A Line On You. W latach osiemdziesiątych Alice wykorzystał jej własną interpretację do ścieżki dźwiękowej filmu Iron Eagle II, a także umieścił na reedycji swojej solowej płyty Trash. W (nie)świeżej wersji do szefa projektu dołączył wokalista Perry Farrell. Jak już wspomniałam, coś tu nie współgra. Czegoś jest za dużo. Być może przyczyna tkwi w chaotycznie brzmiącym chórku? Kompozycja sama w sobie jest niezwykle chwytliwa, lecz w odwołaniu do reszty bezbłędnego materiału, ten mankament może nieznacznie zaniżyć jego poziom. Osobiście preferuję pierwotne Cooperowskie wykonanie. Dla porównania, poniżej oba omawiane warianty.
Na półmetku czekają nas kolejne dwie świetnie przemyślane kombinacje, które zawierają covery dobrze znanych kawałków. Five To One połączono z Break On Through (To The Other Side) z repertuaru The Doors, a One z Jump Into The Fire Harryego Nilssona. W tym miejscu należy podkreślić zdolności wokalno-aktorskie Alica. Przeskok barwy głosu z kawałka The Doorsów do One pozytywnie zaskakuje. Podsumowując, przed nami dziesięciominutowa podróż z zaskakującym rozwinięciem po przełomie lat 60/70.
W trakcie ostatniego kwadransu wyśmienitej dawki humoru i pomysłowo zaaranżowanych coverów, usłyszymy między innymi Jeepster zaczerpnięte od kapeli T.Rex, Cold Turkey Johna Lennona i Itchycoo Park grupy Small Faces. Nad innowacją utworu Come And Get It osobiście brał udział jego twórca – Paul McCartney. Alice Cooper i Joe Perry w jednym z wywiadów przyznali, że stojąc obok swojego bohatera z dzieciństwa spoglądali na niego jak Indiana Jones na niezwykły artefakt. Panowie nie blefowali. Całe trzy minuty na płycie zostały przeznaczone wyłącznie dla Sir McCartneya. Trzy minuty, których melodia nieodwracalnie utkwiła w mojej głowie.
DELUXE
Po upływie kilku miesięcy od premiery albumu, tuż przed ceremonią rozdania nagród Grammy, na rynek trafiła rozszerzona wersja płyty z trzema dodatkowymi utworami. Poczułam się trochę oszukana. Wszystko dlatego, że to właśnie na „pełnym” wydawnictwie postanowiono umieścić najlepszą, premierową kompozycję. Mowa o As Bad As i Am, które było częścią tegorocznego hołdu podczas Grammy dla zmarłego wokalisty Motörhead, Lemmy’ego Kilmistera. Jedna skromna uwaga na przyszłość – Panowie, nie powtórzcie więcej tego błędu. Wrzucać najlepszą piosenkę do wersji deluxe w postaci bonusu? Portfele waszych fanów mogą tego nie wytrzymać.
Dawno nie doświadczyłam tak zwartego i jednocześnie obszernego materiału na jednym wydawnictwie. Hollywood Vampires umiejętnie połączyli zabawę z reinterpretacją klasyki, zachowując przy tym należyty szacunek dla rock’n’rollowej kultury i tradycji. Nic dziwnego. W końcu Wampirów z Hollywood stworzyli autentyczni muzycy, którzy wciąż mają coś wartościowego do przekazania i będą tworzyć, do samego końca. Kto pragnie zakosztować szczerego, pełnego zaangażowania i dynamiki grania z historią w tle, polecam sięgnąć po ten wyjątkowy krążek.
„Posłuchajcie ich. To dzieci nocy. Jaką wspaniałą muzykę tworzą… „- The Last Vampire, Christopher Lee

