Site icon All About Music

Hollywood Undead – Five (2017), recenzja Zuzanny Rubaszewskiej

Znalezione obrazy dla zapytania Hollywood Undead - FiveRapcore to jeden z ciekawszych gatunków muzycznych. Pochodzący z połączenia rapu i hardcoru nurt posiada wielu przedstawicieli, głównie w Ameryce. Wśród nich jest też, grający od 2005 roku, Hollywood Undead, który w październiku wydał swój piąty już album, nazwany po prostu Five. Jak sprawdza się on w porównaniu do starszych wydawnictw grupy?

Rok 2017 był dla Hollywood Undead rokiem trudnym, głównie dlatego, że na początku października z zespołu odszedł jego długoletni członek – perkusista Matthew ‘Da Kurlzz’ Busek. Mimo że dla grupy był to wielki cios, to ich najnowszy album (w którego tworzenie wspomniany muzyk nie był zaangażowany) – Five pokazuje, że są w bardzo dobrej formie, choć nie w najlepszej.

Krążek otwiera singiel California Dreaming – mocny, dynamiczny i z pazurem. Główną rolę gra tu gitara, która prowadzi cały utwór wraz z perkusją. Rapem jest swego rodzaju uzupełnieniem całego kawałka, a wolniejszy refren pozwala nam odetchnąć po wspomnianym wcześniej bardzo wyrazistym i szybkim rapie. Całość sprawia, że nabieramy ciekawości, co zespół pokaże nam w dalszej części albumu.

Dalej jest równie interesująco – Whatever It Takes, Bad Moon czy Ghost Beach mogę zaliczyć do najlepszych na tej płycie (dwa ostatnie szczególnie przypadły mi do gustu). Pierwszy z nich (drugi singiel) to bardzo mroczna, ostra i energiczna. Całą twórczość Hollywood Undead można określić w ten sposób – mocna i dynamiczna. Trudno tu o wzruszające ballady, wynika to też po części z gatunku jaki reprezentują. Bad Moon oraz Ghost Beach to utwory w podobnym stylu, może troszeczkę spokojniejsze i dlatego też przykuły moją uwagę, gdyż zdecydowanie bardziej lubię ten zespół w nieco delikatniejszej stylistyce.

Idąc dalej dostajemy chyba najspokojniejszą kompozycję na całym albumie. Nobody’s Watching to kawałek utrzymany w stylu Hollywood Undead, jednak mający w sobie coś, co sprawia, że wyróżnia się spośród wszystkich piosenek na płycie. Możliwe, że jest to właśnie ta ‘łagodność’ rzadko spotykana w ostrej twórczości zespołu.

Ze wszystkich utworów najmniej czuję trzeci singiel – Renegade, który jest dla mnie zbyt głośny, chaotyczny. Za dużo tu wszystkiego z czym kojarzymy zarówno grupę, jak i gatunek, który reprezentują. Szkoda, że to właśnie on, a nie wspomniany wyżej Nobody’s Watching, został wybrany na jeden z singli promujących album.

Pozostałe kompozycje, takie jak Bang Bang, We Own The Night, Riot  czy Black Cadillac (nagrane z amerykańskim raperem B-Realem) są bardzo dobre, lecz nie wyróżniają się niczym w porównaniu do wcześniejszej twórczości grupy. Hollywood Undead nie eksperymentuje. Nagrywa dobre, przemyślane utwory – brak tu jednak niespodzianek, które mogły by zadziwić słuchaczy. Wszystko to sprawia, że gdy myślę o całym dorobku zespołu to czasem mam uczucie powtarzalności, bo część utworów brzmi bardzo, bardzo podobnie.

Five, to porządna dawka rapcore’u, która zadowoli każdego fana gatunku. Jest jednak mało odkrywcza, schematyczna i bardzo podobna do czterech poprzednich albumów zespołu. Nie ma tu zaskoczeń, niesamowitych zwrotów akcji, są po prostu dobre utwory ze świetną linią melodyczną i dobrymi, lecz nieszczególnie poruszającymi tekstami. Hollywood Undead (mimo odejścia ważnego członka zespołu) stworzyło album na poziomie, który choć nie chwyta za serce to z pewnością umili czas podczas długich sobotnich wieczorów lub niekończących się piątkowych imprez.

Exit mobile version