Gdy Ricky Martin po raz ostatni gościł w Polsce, był u szczytu popularności, a każdy jego singiel z miejsca stawał się międzynarodowym hitem. Od tamtej chwili, wiele wydarzyło się w życiu zawodowym, jak i prywatnym artysty. W zeszły piątek, po piętnastu latach, latynoski wokalista ponownie wystąpił na polskiej scenie, w ramach europejskiej trasy koncertowej.
Są takie gwiazdy muzyki, które nie muszą już odnosić spektakularnych sukcesów, by jednak mieć stałe miejsce w panteonie ikon popkultury. Do tego grona z pewnością zaliczyłbym Ricky’ego Martina. Mamy 2018 rok, w polskich – i nie tylko – radiostacjach ciągle grane są przeboje latynoskich artystów, m.in. Malumy czy Luisa Fonsiego. Zastanawiam się nad jednym – jaka byłaby kondycja latynoskiego rynku muzycznego, gdyby nie szał, z jakim w 1998 roku spotkała się kompozycja The Cup of Life, będąca oficjalnym hymnem Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej? W tym roku mija 20 lat, odkąd o Rickym Martinie usłyszał dosłownie każdy. To dobry czas na podsumowania. Ricky zdecydował się na wyruszenie w trasę koncertową, wypełnioną w zasadzie samymi przebojami. W ramach jej europejskiej części, odwiedził również Polskę.
Koncert Ricky’ego Martina odbył się w zeszły piątek, 7 sierpnia w Ergo Arenie w Gdańsku, niemalże równo po piętnastu latach od jego ostatniej wizyty w naszym kraju. Poprzednio zaprezentował się on przed polską publicznością w 2003 roku, jako gwiazda sopockiego festiwalu. Tym razem, przyjechał z pełnym show w roli jego gospodarza. Pisząc tę relację, postanowiłem pominąć kwestię supportu, bo ciężko nazwać supportem losowo puszczone przeboje innych popularnych artystów.
O tym, że najnowsze tournée Martina jest czymś w rodzaju jego „the best of” informowało już samo intro. Nie było specjalnie nagranego wideo. Zamiast tego, na ekranach Ergo Areny wyświetliły się fragmenty teledysków, jakie Ricky nakręcił od chwili swojego debiutu. Chwilę później, z lekkim opóźnieniem, na scenie pojawił się on, aby wykonać jeden ze swoich największych przebojów Maria.
Już pierwsze sekundy show zasugerowały, że szykuje się rozrywka z najwyższej półki, podana w latynoskiej oprawie. Nie oznacza to jednak, że cały koncert wypełniony był energicznymi hitami z poprzedniej dekady, choć oczywiście tych największych nie zabrakło. Polska publiczność miała okazję usłyszeć na żywo Livin’ La Vida Loca, She Bangs, czy Shake Your Bon-Bon. W trakcie trwania show, Ricky zaprezentował się w pełnej krasie – jako dynamiczny tancerz, latynoski uwodziciel oraz przepełniony miłością do bliźniego humanista. Artysta poświęcił nawet chwilę, aby przybliżyć swoim fanom charakterystykę działania jego fundacji Ricky Martin Foundation.
Kiedy powiedziałem znajomym, że wybieram się na koncert Martina, niejednokrotnie spotkałem się z reakcją: „to on jeszcze tworzy?”. Otóż tak, tworzy. Co więcej – z powodzeniem. Sam byłem nieco zszokowany, obserwując ekscytację wśród publiczności wywołaną przez nowsze utwory z katalogu Portorykańczyka. Z ogromnym entuzjazmem spotkały się Vente Pa’ Ca, La Mordidita, Adrenalina oraz najnowszy singiel Fiebre.
Mimo tego, że Ricky w grudniu tego roku skończy 47 lat, jego forma sceniczna wciąż jest na najwyższym poziomie. Wokalista przyzwyczaił nas do tego, że jego drugą pasją, zaraz po muzyce, jest taniec. W tej kwestii nic się nie zmieniło. Dało się to zaobserwować podczas piątkowego występu. Artysta w żaden sposób nie odstępował od znacznie młodszych tancerzy ze swojego zespołu. Ba! Niejednokrotnie wykonywał solówki, śpiewając przy tym na żywo. Pod koniec koncertu, zadebiutował też jako instruktor tańca. Zarówno Ricky, jego tancerze, chórzyści i kilka (-naście?) tysięcy zgromadzonych w Ergo Arenie osób wspólnie odtańczyło układ choreograficzny do piosenki Por Arriba, Por Abajo. Zdecydowanie był to jeden z najjaśniejszych punktów całego przedsięwzięcia.
Na pochwałę zasługuje również fakt, w jaki sposób Ricky Martin traktuje swoich fanów. Już na samym początku koncertu przywitał się z publicznością w jej ojczystym języku i podziękował za wspólną zabawę. Takich momentów było kilka. W pewnym momencie, wraz z gwiazdorem, na scenie pojawiła się jego fanka z Łodzi. Nie zabrakło też miejsca na dłuższe przemowy, dotyczące tolerancji dla wszystkich narodowości, orientacji i po prostu ludzi. W zamian za ciepłe przyjęcie, piosenkarz odwdzięczył się kilkoma bisami. Ostatnim wykonanym kawałkiem było wspominane już energiczne The Cup of Life.
Podsumowując, pomimo tylu lat aktywności zawodowej, Ricky Martin nie jest gwiazdą, która jedynie odcina kupony od swojej popularności i wciąż wie, jak rozgrzać publiczność. Nawet ludzie zgromadzeni na trybunach ze śmiałością poruszali biodrami w rytm muzyki, a to coś raczej rzadkiego. Jedynym niedociągnięciem, według mnie – miłośnika amerykańskiego modelu tras koncertowych, była scenografia – nieco uboga. Nie było żadnego wybiegu, przez co stojący na płycie mieli mocno ograniczoną widoczności; zabrakło też większych rekwizytów, jednak forma głównej gwiazdy i częstotliwość zmieniania przez nią ubrań sprawiły, że ich brak nie był tak mocno odczuwalny. Jeśli artysta kiedykolwiek postanowi ponownie zawitać do Polski, z całą odpowiedzialnością polecam się wybrać. Oby jednak nastąpiło to wcześniej, a nie za kolejnych piętnaście lat.
