Site icon All About Music

Hatari – Neyslutrans (2020), recenzja Christiana Cieślaka

Jedną z niewielu rzeczy, która przyprawiła mnie o szybsze bicie serca podczas zeszłorocznego Konkursu Piosenki Eurowizji było pojawienie się na scenie islandzkiej grupy Hatari. Parę miesięcy po ich pamiętnym, choć ubogim w piękny śpiew występie – za to bogatym w całą resztę, wydali swój debiutancki krążek pod tytułem Neyslutrans (isl. konsumpcyjny trans). Dlatego czym prędzej przywdziałem swoje ulubione lateksowe wdzianko i uzbrojony w słownik polsko-islandzki wyruszyłem w prawdziwie filozoficzny świat Hatari, gdzie nic nie jest tym, czym się na pozór wydaje.

Na wstępie muszę przyznać, że to, co islandzkie trio stworzyło w ramach swojego debiutu jest czymś naprawdę ważnym i bardzo ciekawym, choć niestety trudnym w dogłębnym odbiorze. Dla znawców tematu jasnym jest, że wizerunek Hatari wiąże się z chęcią przyciągnięcia uwagi przeciętnego słuchacza poprzez takie „kontrowersyjne” motywy w popkulturze jak BDSM, czarne gałki oczne, czy płciowa niejednoznaczność. Niestety, pomimo osiągnięcia atencji wśród szarego ludu, ciężko o to rzeczywiste zainteresowanie, gdzie naprawdę istotnym jest przekaz Hatari, a nie to, co mają lub nie mają na sobie. Sam zresztą jako fan ich twórczości, choć bardziej adekwatnym słowem wydaje się być tu zwolennik, nieźle się nagimnastykowałem, by dotrzeć, a co dopiero zrozumieć ukryte pod warstwami lateksu i wyrazów przesłanie. Choć mogłem liczyć na pomoc takich portali jak ‘Genius’, czy ‘Tekstowo’, wolałbym znaleźć ją u samego źródła, który osobiście mi powie, co miał na myśli, nie licząc na interpretacje „internetowych Islandczyków”.

Przechodząc do meritum, Neyslutrans to kawałek bardzo ciekawego krążka z całkiem sporymi, choć niewykorzystanymi ambicjami bycia albumem koncepcyjnym. Co mam przez to na myśli? Po genialnym pod każdym względem utworze Hatrið Mun Sigra (isl. nienawiść będzie panować), następuje zupełne zaskoczenie i zmiana klimatu, a to za sprawą skrzypcowego solo (tak, dobrze czytacie) Spectavisti Me Mori, Op. 8 w wykonaniu Pétura Björnssona. Co istotne, jest to zaskoczenie jak najbardziej pozytywne, jednak nie następują po nim kolejne muzyczne wybuchy, jakie Hatari zaserwowali nam na samym początku za sprawą chociażby swojego eurowizyjnego hitu, czy mojego osobistego faworyta Spillingardans (isl. taniec korupcji). Choć 14 Ár (isl. czternaście lat), Ógleði (isl. nudności), który jest najgorszym utworem albumu, i Helvíti (isl. piekło) nie odstają od pozostałych kompozycji, tak nie podtrzymują mojego początkowego rozochocenia Neyslutrans. Struktura tracklisty – to jego największa bolączka, gdzie początek jest idealny, a końcówka co najwyżej dobra.

Zatem co świetnego niesie za sobą debiut Hatari? Po pierwsze świetna produkcja. Będąc artystą niezależnym bardzo trudno rywalizować z tymi, którzy mają pełne spektrum możliwości pod względem szlifowania elektronicznych dźwięków. Jak jednak pokazuje praktyka, co raz częściej również ci mniej zasobni w zielone papierki mogą stworzyć coś naprawdę fantastycznego, co Hatari udowodnili w zupełności. Nie inaczej jest w warstwie tekstowej, która choć prosta, idealnie dopełnia muzyczną atmosferę całego krążka. W ciągu tych blisko pięćdziesięciu minut śmiertelnej symfonii doświadczymy dużej dawki nienawiści, wieszczenia końca znanej nam dotąd Europy, chorobliwego konsumpcjonizmu i wszystkiego, co najgorsze w rzeczywistości XXI wieku podawanych w zestawach rodem z gotyckiego McDonalda.

Jak już wspomniałem, sam początek Neyslutrans to najlepsze, co ten album mi podarował. Choć niektóre utwory są do siebie dość podobne, tak nie mogę o nich zapomnieć, gdzie na szczególne wyróżnienie zasługuje duet Spillingardans i Klámstrákur (isl. brudny chłopiec). Ostra, twarda i dosłownie czarna jak smoła melodia wraz z diabelnym wrzaskiem Matthíasa oraz anielskimi pojękiwaniami Klemensa tworzą kompozycje idealne. Innym duetem jest Þræll (isl. niewolnik) i Hlauptu (isl. szybciej), który choć już mniej porywający, tak nadal przynosi dużo przyjemności. Na ciepłe słowa zasługują też rozpoczynający tą szaloną przygodę Engin Miskunn (isl. bez litości) oraz zamykające ją Niðurlút (isl. upokorzony) wraz z poprzedzającą go chóralną introdukcją Nunquam Iterum, Op. 12.

Neyslutrans to jedyna i zdecydowanie najlepsza ścieżka dźwiękowa do zwalczania kapitalizmu w każdej jego formie. Choć pod płaszczykiem pozornej brutalności oraz BDSM kryje się dobra zabawa członków Hatari, tak nie sposób odmówić im traktowania swojej sztuki w pełni poważnie. Nie jestem wstanie powiedzieć, czy islandzkie trio wraz trzema tancerzami przetrwa najbliższe parę lat, jednak ich debiutanckie dzieło powinno zostać z nami na przynajmniej kolejne dwie dekady. Pouczająca muzyczna lektura, która ma czegoś nauczyć, co jej się udaje.

Exit mobile version