Boże drogi, co ja odwaliłam…
Mega dużo o przeszłości napisałam przy okazji mojej relacji z polskiego koncertu Garbage – także polecam, jak coś. Jednak nie wspomniałam o jeszcze jednej sprawie, dość istotnej. Nie napisałam o tym, że ja byłam tak zdeterminowana – iż byłam gotowa pojechać do jakiegoś sąsiadującego państwa, nawet nieco dalej od Polski – byleby tylko zobaczyć ich na żywo. To było jeszcze przed ogłoszeniem polskiej daty.
Myślałam o Danii, ponieważ artyści zostali ogłoszeni na muzycznym festiwalu w Skive. Niedługo później została ogłoszona data, która zbiegła się z ogłoszeniem od polskiej agencji koncertowej Winiary Bookings, która również pasowała… ale też i o wiele bardziej. Bo w moje urodziny. Czwartego czerwca w Kopenhadze. Klamka zapadła – wiedziałam, że muszę pojechać i przeżyć cudowne świętowanie. Walczyłam długo i w końcu się udało.
Wiedziałam, że koncert się odbędzie w miejscu a’la klub muzyczny. Ale nie wiedziałam, iż to będzie takie, no… małe dość pomieszczenie. Ponoć – na stojąco – zmieści 1500 osób, łącznie z balkonami, ale ja uważam, że 800 maksymalnie. A że były w sprzedaży dosłownie ostatnie bilety, to tak myślę, że mniej niż tysiąc widzów na wydarzeniu było. Jednak to nie jest aż tak istotne – tym bardziej, iż publiczność dała solidnego czadu.
Mimo słabej dostępności dla osób niepełnosprawnych, to nie było źle. Bywałam w znacznie gorszych pomieszczeniach, więc mogę spokojnie uznać Store Vegę (miejsce koncertowe) za lokal premium. Zaskoczeniem dla mnie był support w postaci zespołu The Courettes. Nie znałam ich wcześniej, a dali niesamowitego kopa. Bardzo mi się spodobali. Obiecałam sobie, że jak wreszcie znajdę chwilę czasu – zapisani w mojej biblioteczce do ogarnięcia w serwisie streamingowym są… – to ogarnę ich muzykę na spokojnie. Pewnie to nastąpi za jakiś milion lat świetlnych, lecz uda się.
No i wreszcie, gwiazda wieczoru – Garbage. Już na samym starcie było inaczej, niż w Warszawie. No, ciężko porównać koncert plenerowy z klubowym. Było inaczej, natomiast tak samo cudownie i pięknie. Nie było zmian (hehe…) w setliście, a więc zaczęli od pierwszego singla z ich najnowszej płyty – There’s no future in optimism. Potem było Hold i Empty. Przy I think I’m paranoid i Stupid girl usiadłam na siedzeniu swojego wózka inwalidzkiego z pomocą przyjaciela – by lepiej widzieć i się pobawić, chociaż troszkę. Wzruszyła mnie przemowa Shirley Manson o jej zmarłym tacie przed utworem No horses, gdy liderka formacji tłumaczyła między innymi skąd się wziął tytuł. Na piosenkach Cherry lips (Go baby go!), When I grow up i Push it znowu zaszalałam, na tyle ile mogłam.
No i nastąpił TEN moment – dla mnie najważniejszy. Jeszcze przed wyjazdem do Danii dość dobrze się przygotowałam i ogarnęłam napis na kartonie: „I came from Poland to celebrate my birthday at a Garbage’s concert„. O tym opowiem niedługo w ramach mojego podcastu Pokój Dobrzyńskiej – znajdziecie z łatwością na platformie YouTube – ale tutaj napiszę tylko, że w setliście można byłoby dopisać (przed bisem) Happy birthday to Jagoda. Na bisie składającym się z kawałków Special i Only happy when it rains puściłam hamulce. Bawiłam się tak, jakby jutra miało nie być. A potem ledwo wyszłam z klubu, bo co chwilę ktoś mnie zaczepiał i składał mi życzenia urodzinowe.
To był jeden z najlepszych koncertów w moim życiu, bez dwóch zdań. I będzie bardzo ciężko przebić te moje 29. urodziny. Żałuję strasznie w takich chwilach, że nie ma maszyny czasu – bo z ogromną chęcią bym wróciła do tamtego dnia. I to kilkanaście razy, może kilkadziesiąt.

