Site icon All About Music

Hans Zimmer wystąpił w Gdańsku. Relacja Michała Szuma

Generalnie rzecz ujmując, dobre koncerty dzielą się, ze względu na ich poziom artystyczny, na trzy podstawowe typy: 1. tak dobre, że ręce same składają się do oklasków, 2. tak wspaniałe, że szczęka ląduje na podłodze, 3. tak perfekcyjne, że po wyjściu z sali nie wypowiada się ani słowa. Czy zatem istnieje przypadek, gdy podczas jakiegoś występu zajdą wszystkie trzy powyższe zjawiska? Zeszły piątek, spędzony w towarzystwie Hansa Zimmera, utwierdził mnie w przekonaniu, że odpowiedź na to pytanie może być jak najbardziej twierdząca.

Miejscem całego zajścia okazała się Ergo Arena, będąca przede wszystkim obiektem sportowym. Jak się później okazało, emocje towarzyszące występowi muzycznemu mogą być równie wielkie jak podczas finału mistrzostw świata w jakiejkolwiek dyscyplinie, więc adekwatność została zachowana. Publika skrupulatnie zaczęła zajmować swoje miejsca, lecz znalazło się także wielu chętnych do cyknięcia pamiątkowej foty pod samą sceną. Wypełniona po brzegi sala kwadrans po 20 zalała się ciemnością, po czym nastała muzyka.

Już od początku koncertu poziom ekscytacji przybrał formę dyskretnie podzielonych dawek, dzięki czemu adrenalina była stopniowo wtłaczana w żyły słuchaczy. Na pierwszy ogień poszły takie dzieła jak Driving Miss Daisy, Sherlock Holmes oraz Madagaskar, które były podstawą do piosenki typu mashup, gdzie następujące po sobie fragmenty soundtracków tworzyły kolejne elementy układanki.

Najpierw oczom widzów ukazała się orkiestra złożona z Hansa i jego pianina oraz kilku innych muzyków, wśród których można było znaleźć m.in. gitarzystów, skrzypaczki czy przepiękną wiolonczelistkę. Już ta konfiguracja robiła ogromne wrażenie, lecz – jak się później okazało – to był dopiero początek. Chwilę potem, tuż pod koniec pierwszej części mashupu, oczom publiki ukazała się sekcja rytmiczna, złożona z kilku instrumentów perkusyjnych, z charyzmatycznym perkusistą przypominającym Gandalfa na czele. Dopełnieniem muzycznym była orkiestra symfoniczna oraz chór, które to wyłoniły się zza kolejnej kurtyny w połowie fragmentu z soundtracku z Madagaskaru. Efekt: szczęka na podłodze.

A wyglądało to mniej więcej tak:

Ogrom odgrywanej muzyki był tak niesamowity, że z każdym kolejnym razem, gdy tylko cała machina ponownie wchodziła w ruch wraz z rozpoczęciem kolejnej piosenki, na moim ciele automatycznie pojawiały się ciarki. I nie ważne czy był to utwór szybki czy wolny, smutny czy wesoły – finalnie i tak kończyło się to wielkim uśmiechem na ustach i całym ciałem „oblepionym” naskórnymi wypustkami.

W przerwach między poszczególnymi utworami był czas na anegdotki, którymi raczył nas sam gospodarz wydarzenia. Dotyczyły one głownie muzyków współpracujących z Zimmerem, lecz nie obyło się bez odniesień chociażby do ostatnich wydarzeń w Manchesterze. Z bardziej przyjemnych rzeczy, dowiedzieliśmy się, że jedna z „podopiecznych” Hansa, będąca wokalistką oraz gitarzystką, już wkrótce wyjdzie za znanego nam z formacji Afromental Aleksandra Milwiw-Barona.

W kwestii repertuaru jakim uraczyli nas muzycy, było w nim miejsce na wiele wspaniałych i znanych soundtracków. Nie zabrakło miksów z Króla Lwa, Piratów z Karaibów, Mrocznego Rycerza czy Incepcji. Niektóre z nich były bardzo oczywiste, lecz przy części trzeba było się mocno skupić, aby wyłapać że to właśnie o te filmy chodzi. Wodza fantazji w pewnych momentach pchnęła muzyków w bardzo odległe, acz niezwykle ciekawe rejony. Dodając do tego cudowną grę świateł oraz zmieniające się tło, otrzymaliśmy coś więcej niż zwykły koncert – było to widowisko audiowizualne na najwyższym możliwym do wyobrażenia poziomie.

Jedynym problemem w całej sytuacji była zła słyszalność, wynikająca prawdopodobnie ze słabej akustyki pomieszczenia. Bywały momenty, że słyszalny był każdy detal, lecz bywało i tak, że suma zlewała się w jeden wielki bełkot, w którym przeważały instrumenty najgłośniejsze oraz dające najwięcej basu. Na szczęście finalne brzmienie można ocenić jako przyzwoite. Zresztą: biorąc pod uwagę z jakim typem koncertu mieliśmy do czynienia, czystość dźwięku nie stanowiła aż tak wielkiego problemu. Najważniejszy był fakt, że wychodząc w milczeniu z sali miało się świadomość, że było się świadkiem czegoś niesamowitego.

Exit mobile version