Site icon All About Music

Halsey – Manic (2020), recenzja Pawła Markiewicza

W komediach romantycznych zawsze jest określony scenariusz. Samotne życie singielki, która kogoś poznaje. Z błachych powodów szybko się rozstaje, jest w rozsypce, ale finalnie wszystko kończy się happy end’em. Nowa płyta Halsey – „Manic”, to bardziej melodramat na miarę „Eat, Pray, Love” z 2010 roku, w którym głównoplanowa bohaterka odkrywa swoje życie na nowo.

Halsey w premierowym wydawnictwie jawi się jako bohaterka tragiczna. Manic to przepiękny materiał i gdyby zacytować fragment Graveyard: „The warning sings can feel like a butterflies” dostaliśbyśmy najbardziej klarowny opis albumu. To płyta pełna bólu, która została nierzadko zapakowana w urokliwe, zwodzące dźwięki gitary klasycznej i cymbałek. I choć warstwa muzyczna sprawia, że przenosimy się do pełnego gamy kolorów świata, to dryfując w oceanie piosenek, liryka sprawia, że zaczynamy się topić i nie ma dla nas ratunku.

Manic jest autobiografią, która opowiada o poszukiwaniu samej siebie, co nie jest łatwe. Nie bez powodu przywołałem na początku film „Eat, Pray, Love”. Schemat zachowań jest dość podobny. W ekranizacji Julia Roberts porzuciła swojego partnera, postanowiła udać się w podróż i czerpiąc z róznych kultur, religii i zwyczajów – z pomocą ludzi, wyciągnęła życiowe lekcję i odnalazła siebie. Tak samo jest z tym albumem. To blisko pięćdziesięciominutowa podróż przez życie, która została przelana na papier. I choć Halsey cierpi, nie rozpacza. Próbuje w tym wszystkim wzmocnić świadomość superego i pokochać siebie: „But I’m still learning to love myself”.

I w wydawnictwie można wyczuć wyraźną bipolarność pod względem liryki i usposobienia do pewnych sytuacji. Samo Still Learning stanowi podsumowanie tego, co usłyszeliśmy we wcześniejszych kompozycjach. To w nich właśnie dzieje się najwięcej. Z jednej strony słyszymy: „I know that I’ve done some wrong
But I’m tryna make it right ” czy chociażby „Standing now, in the mirror that I built myself „, a z drugiej bombarduje nas: „So I just keep sayin’ I hate everybody
But maybe I, maybe I don’t” i „Climb up to the window and I’m breakin’ the glass
Then I stop, ’cause I don’t wanna Uma Thurman your ass”.

Sam aspekt liryczny, to nie jedyne miejsce, gdzie można wyczuć bipolarność i wielogatunkowość schematów. Kolejnym miejscem, gdzie takowy zabieg zachodzi jest muzyka. Jak sama Halsey w wywiadzie dla Rolling Stone wyznała, Manic to: „hip-hop, rock, country, fucking everything”. Trudno się nie zgodzić z tymi słowami, ponieważ kto potrafi w jednym wydawnictwie połączyć trzy różne światy muzyczne, które reprezentuje: żywa legenda Alanis Morissette, Suga z BTS i Dominic Fike?

Po koncepcyjnym albumie hopeless fountain kingdom, który został wydany w 2017 roku i opowiadał o losach współczesnego „Romea i Julii”, zmieniło się wszystko. Dziś nie ma bajki, jest rzeczywistość. Halsey zauważyła, że muzyka to nie tylko fajna zabawa, ale też miejsce, w którym można znaleźć swoje katharsis. Dziś na scenie pojawia się nie jako dziewczyna, ale dojrzała młoda kobieta, która jest nie tylko świadomą artystką, ale świadomie szukającą swojej ścieżki w życiu osobą.

Exit mobile version