Site icon All About Music

Halsey – Badlands (2015), recenzja Michała Pietruszki

Porównania w muzycznym światku są czasami bardzo okrutne, ale zawsze zawierają w sobie ziarno prawdy. Niby jak nie szukać podobieństw z największymi gwiazdami nowego wieku patrząc na młodziutką, bo zaledwie dwudziestoletnią Halsey? Osobiste teksty rodem z utworów The 1975, urok w głosie Florence Welch, tajemniczość Lorde, dźwięki z albumów The Neighbourhood ale też będącej właśnie na czasie Lany Del Ray dają naprawdę wybuchową mieszankę. A biorąc pod uwagę przedłużający się urlop Rihanny i letni odpoczynek innych tego typu osobowości, grzech byłoby nie skorzystać ze sprzyjającej rynkowej koniunktury i nie wydać swojego wydawniczego debiutu.

Urodzona w New Jersey Ashley Nicolette Frangipane (znaczenie pseudonimu artystycznego pozostawiam czytelnikom umiejącym posługiwać się anagramem) funkcjonuje na scenie stosunkowo od niedawna. Po podpisaniu kontraktu płytowego z Astralwerks i wydaniu chwilę potem epki Room 93 w Internecie zawrzało. Na najróżniejszych portalach społecznościowych, które mi prywatnie trudno już ogarnąć i rozróżniać, młoda wokalistka została obsypana przychylnymi opiniami i nazwana kolejnym amerykańskim towarem eksportowym. Od tego momentu Halsey bez chwili wytchnienia pracowała nad długogrającym materiałem w międzyczasie grając przed takimi gigantami jak The Kooks, Imagine Dragons czy The Weeknd. Album Badlands trafił do sprzedaży zaledwie kilka dni temu. I naprawdę może namieszać na rynku.

Podczas pierwszego odsłuchu owe wydawnictwo zrobiło na mnie naprawdę duże wrażenie. Na początku miałem do niego stosunek co najmniej ambiwalentny – nie znałem wcześniej panny Halsey ani tym bardziej żadnego jej singla. Może tylko po spojrzeniu na okładkę wyczułem lekki marketingowy kicz, ale szybko wytarłem ją z pamięci i zająłem się muzyką. A tu zaskoczenie! Już w otwierającym płytę kawałku Castle niebieskowłosa Amerykanka definiuje swoją muzykę i tłumaczy tytuł całego wydawnictwa. Jednak wbrew jego nieco nostalgicznemu wydźwiękowi nie znajdziemy tu samych snujących się ballad. Wbrew przeciwnie – Badlands pełne jest energetycznych melodii, które tworzą spójny koncept album. A trudno o spójność przy szesnastu kompozycjach! (podstawowa wersja liczy jedenaście tracków, rozszerzona o pięć więcej) A jeśli mówimy już o stronie technicznej krążka, to nie tylko Halsey pokazała cały wachlarz swoich kreatorskich i wokalnych możliwości. Ogromne ukłony należą się też producentom materiału. Ludziom, przez których każdy dzwięk jest perfekcyjnie wyważony, sprawiając, że odsłuch staje się czystą przyjemnością. Lido, the Futuristics, Son Lux – może nie są to nazwiska z najwyższej półki, ale po produkcji tego albumu powinni się tam znaleźć.

Obserwując dalej tracklistę Badlands, po wspomnianym Castle następuje trip-hopowe Hold Me Down, które po pierwszych taktach skojarzyło mi się z twórczością M.I.I. Dalej mamy podniosłe New Americana przy którym warto się nieco nachylić, ponieważ ekipa Halsey na przestrzeni całego albumu wykorzystuje sprytne stylistyczne tricki, które przebojowość krążka wzbijają pod sufit. We wspomnianym New Americana bierze chociażby przykład ze swoich koleżanek po fachu – chociażby z Lany Del Rey i National Anthem czy Rihanny z American Oxygen. A że Amerykanie uwielbiają takie (patriotyczne?) kompozycje, New Americana może osiągnąć w najbliższym czasie spory sukces. A tekst sam w sobie to gotowy materiał na hymn jakiejś młodzieżowej organizacji. W przeciwieństwie do tej kompozycji (radzę wsłuchać się w tekst), zamieszanie w stacjach radiowych mogą wywołać przyjemne Colors czy owiane nutką tajemniczości Ghost.

Elementem Badlands obok którego nie można przejść obojętnie jest również jego warstwa tekstowa. Teksty Halsey nie są niczym wtórnym, niosą ze sobą masę naprawdę szczerych emocji. I nie jest to tylko temat miłości i związanych z nią zawodów. Wokalistka eksploruje te nawet najciemniejsze zakątki jej świadomości i doświadczeń, które sprytnie ubiera w teksty piosenek. W Hold Me Down nawołuje, że nawet jeśli jesteś słaby albo to ludzie czynią Cię słabym, nie powinieneś pozwalać się im ograniczać; albo w Ghost, będącym songiem o byciu w związku z osobą która nie jest emocjonalnie zaangażowana w relację, zafascynowaną naszym ciałem, stanem konta i o momencie w którym musimy podjąć bolesną decyzję o rozstaniu mimo naszych szczerych uczuć. Wszystko ma wydźwięk bardzo osobisty. Kulminacja jednak następuje w Control. Utwór będący odzwierciedleniem staniu umysłu Halsey, choroby dwubiegunowej z którą zmaga się nie tylko na łamach najnowszej płyty, ale także w życiu prywatnym. Z choroby tej, która jest źródłem jej błędów, próbuje się tu niejako wytłumaczyć. W mrocznym Control śpiewa o siłach, dobrych i złych, które bez wytchnienia walczą w jej głowie, o cieniach i potworach, które nawiedzają ją każdej nocy. O walce, którą z nimi podejmuje i żalu, kiedy ją przegra.

Badlands to mimo drobnych potknięć album ponadprzeciętny, gdzie Hasley takie określenia jak electro-popowy czy mainstreamowy adaptuje na własne potrzeby, co należy ewidentnie docenić. Sama wokalistka ma wszelkie predyspozycje do tego, aby swoją muzyką podbić muzyczny rynek – wystarczy przejrzeć jej profile w serwisach społecznościowych by uświadomić sobie że to gotowy materiał na gwiazdę. Oby jej dobra passa trwała jak najdłużej!

Exit mobile version