Site icon All About Music

Halestorm – Into the Wild Life (2015), recenzja Filipa Wiącka

Na scenie po raz pierwszy pojawili się pod koniec lat 90. Nie od razu odnieśli sukces – rozpoznawalni stali się dopiero w 2009, kiedy wydali oficjalny debiut Halestorm. Później już poszło z górki: album The Strange Case Of… odniósł sukces zarówno komercyjny, jak i artystyczny (nagroda Grammy!). Dziś Halestorm zapraszają nas do swego dzikiego życia. Warto zaproszenie przyjąć?

Lzzy i jej koledzy mieli do wykonania trudne zadanie. Musieli nie tyle stworzyć krążek lepszy od poprzedniego, co udowodnić, że te wszystkie zachwyty nad ich twórczością nie były przypadkowe. Mogli pójść w dwie różne strony – albo stworzyć drugą wersję znakomitego The Strange Case Of…, albo nagrać coś zupełnie innego, odbiegającego od dotychczasowych dokonań. I pomimo zapewnień wokalistki, że Into the Wild Life to wyjście zespołu z bezpiecznej strefy oraz że zupełnie zmienił się ich sposób nagrywania, Halestorm wyraźnie próbowali złapać kilka srok za ogon. Mamy tu trochę kapeli z poprzedniego longplaya, trochę brzmień z debiutanckiej płyty, a także zupełnie nową odsłonę grupy. Nie za dużo tego dobrego?

Co rzuciło mi się w uszy już przy pierwszym zetknięciu z Into the Wild Life, to… nierównomierne rozłożenie sił na albumie. Choć znajdziemy tu jedynie trzy ballady, całość sprawia wrażenie spokojnej, nienarzucającej się. Prawie wszystkie ostre i dynamiczne kawałki zostały bowiem umieszczone na samym początku płyty bądź na edycji deluxe. Środek krążka wydaje się przez to przesadnie lekki i powolny. Pod tym względem poprzednie płyty wypadały lepiej – Halestorm przez cały czas trwania trzyma tempo, zaś na The Strange Case Of… nawet umieszczenie pod rząd trzech ballad nie wpłynęło negatywnie na odbiór całości.

Przyjrzyjmy się jednak poszczególnym kompozycjom. Już na samym początku otrzymujemy prawdziwą bombę – motoryczne, jednostajne (ale na pewno niemonotonne!) Scream. To świetny, podnoszący na duchu numer, który charakteryzuje się bodajże najlepszym na płycie tekstem:

All you doubters and haters, actors, and fakers
I don’t have time for you, woah
You’re feeding the fire that’s taking me higher
Coming like a cannonball

Kawałek na pewno świetnie sprawdzi się na koncertach. Podobnie mógłbym zresztą napisać o zwariowanym, będącym niesamowitym popisem wokalnym Lzzy Sick Individual, mocarnym, najcięższym na krążku (w którym nie brakuje jednak komputerowych obróbek) Mayhem czy też dynamicznym, posiadającym bodajże najbardziej chwytliwy refren I Like It Heavy. Nie można także zapomnieć o pierwszym singlu Apocalyptic. Ten opowiadający o seksie numer to doskonały pomost między Into the Wild Life a poprzednim albumem grupy.

Od razu urzekło mnie również Amen. Jest to prawdopodobnie najpiękniejszy utwór zachwycający nie tylko wokalem Lzzy, ale i ciekawą aranżacją czy budową – zaczyna się spokojnie, w refrenie się rozkręca, zaś bridge to popis umiejętności gitarzysty zespołu. Na podobnym pomyśle oparte zostało I Am the Fire. Choć numer nie należy do szczególnie skomplikowanych, nie sposób przejść obojętnie koło jego emocjonalnego refrenu.

Opisane wyżej utwory należą do najlepszych na Into the Wild Life. Nie oznacza to jednak, że reszta jest słaba. Co najwyżej mniej ciekawa i nie tak wciągająca. Warto mimo wszystko sięgnąć po zadziorne Bad Girl’s World zawierające bodajże najlepszą i najbardziej rozbudowaną gitarową solówkę na krążku. New Modern Love i Gonna Get Mine zawierają refreny nadające się do chóralnego odśpiewywania na koncertach. Z kolei spokojne numery (Dear Daughter, The Reckoning, What Sober Couldn’t Say) wypadają co najwyżej sympatycznie. Co prawda The Reckoning to jeden z bardziej emocjonalnych kawałków na albumie, tak już Dear Daughter – dedykowane matce wokalistki i perkusisty – jest po prostu ckliwe i banalne.

Kiedy tylko Halestorm ogłosili wydanie trzeciego studyjnego albumu, ucieszyłem się, ale i zacząłem się zastanawiać, czy nowa płyta choćby zbliży się do poprzedniej. No i cóż – Into the Wild Life jest na pewno ciut słabsze od The Strange Case Of… Nieco zawadza mi też fakt umieszczenia wszystkich najlepszych numerów na początku płyty. Mimo wszystko nadal jest to jednak dawka świetnej, rockowej muzyki. Rozumiem też członków grupy, którzy chcieli tym razem stworzyć nieco dojrzalszy materiał. Mam tylko jedną prośbę co do kolejnego wydawnictwa – mniej ballad, a więcej utworów w stylu Mayhem i Sick Individual.

Exit mobile version