Kiedy nieco po godzinie 20:00 znalazłem się w korytarzu klubu Kwadrat, od razu udałem się w stronę baru, by zakupić sobie kufel brunatnego napoju. Stojąc w kolejce spotkałem Adę Szulc – finalistkę pierwszej edycji polskiego X Factora. Pomyślałem, że może zapytam się, jakie są jej oczekiwania wobec show grupy Curly Heads, ale obok stał jej chłopak, więc wolałem nie przeszkadzać im w romantyczno-koncertowym spędzaniu niedzieli. Ustawiłem się jakieś dwa metry za ich plecami (Ada nie jest zbyt wysoką kobietą, jej partner również, więc nie zasłaniali mi widoku na estradę) i sącząc powoli małe łyki piwa, oczekiwałem na pojawienie się gwiazdy wieczoru.
Występ poprzedziło wokalne intro z nakładającymi się na siebie partiami wokalnymi Dawida Podsiadło – identyczne jak to, którym artysta rozpoczynał swoje koncerty solowe. Po kilkudziesięciu sekundach, na pozbawioną oświetlenia scenę weszli młodzi muzycy, dla których był to trzeci koncert ich trwającej trasy Burning Down Tour 2015. Po chwili światła zostały włączone, a Curly Heads otworzyli bardzo energiczne show, na które po prostu warto się było wybrać.
Odegrali chyba wszystkie kompozycje z ich debiutanckiej płyty Ruby Dress Skinny Dog. Świetnie budowali napięcie – utwory szybkie starali się mieszać z tymi bardziej spokojnymi. Ubrani w czarne T-shirty, stali się idealnym kontrastem do gry świateł, która odbywała się za ich plecami. Muzycy dysponują naprawdę fantastycznym oświetleniem, będącym wielce istotną częścią ich występów. Lampy raz świeciły mocniej, raz odrobinę subtelniej. Przybierały różne kolory: czerwony, niebieski, biały. Także dym, który nie opuszczał sceny ani na sekundę, dodawał chłopakom nieco tajemniczości. Spełnił swoje zadanie, ale przy okazji kompletnie zakrył bębniarza zespołu, którego twarz zobaczyłem dopiero na koniec występu, gdy stojąc wraz z kolegami z CH, ukłonił się przed publicznością po raz ostatni.
W czasie bisu chłopcy zaprezentowali między innymi swój nowy/stary utwór, zatytułowany Knights, który, jak powiedział sam Dawid, grali do tej pory tylko dwa razy, w czasie poprzednich występów obecnej trasy. Skomponowali go w trakcie prac nad debiutem, ale z różnych przyczyn nie załapał się on na ostateczną wersję krążka. Szkoda, bo kompozycja okazała się świetna i liczę, że znajdzie się dla niej miejsce na następcy Ruby Dress Skinny Dog.
https://www.youtube.com/watch?v=YvaFl9NREb4
Przerwy między utworami wypełniały mini monologi Dawida. Wokalista znany jest z – nazwijmy to – specyficznego poczucia humoru. Co chwila rzucał przeróżnymi anegdotkami, mówiącymi między innymi o tym, że na jednym z poprzednich koncertów zepsuł perkusyjny talerz, bo za mocno uderzył w niego drewnianą pałeczką (Podsiadło w czasie show, w niektórych utworach, używał mini zestawu perkusyjnego, w skład którego wchodził właśnie talerz). Muszę przyznać, że niektóre z tych historyjek mnie rozbawiły, ale większość z nich była bezsensownym wypełnianiem przerw pomiędzy odgrywanymi kompozycjami. Domyślam się, że spowodowane było to chęcią przedłużenia samego show, gdyż obecny materiał kapeli jest stosunkowo krótki. Podejrzewam, że jakby zagrali wszystko „jak leci”, koncert skończyłoby się po 50 minutach. A tak, na scenie spędzili coś koło 75 minut.
Curly Heds pokazali na estradzie młodzieńczą energiczność, ale w bardziej brytyjskim, aniżeli amerykańskim stylu. Wszystkie kawałki zagrali perfekcyjnie – nie było żadnych pomyłek, a jeżeli takowe się pojawiły, to okazały się zupełnie niesłyszalne dla widowni. Na słowa negatywnej krytyki zasłużyła część publiczności, która wzywając zespół na bis krzyczała: Dawid! Dawid! Ja rozumiem, że wokalista CH jest zdecydowanie najbardziej znanym członkiem grupy, ale nie przyszliśmy przecież na jego występ solowy. To dało mi do zrozumienia, że w dalszej perspektywie działalności kapeli, ich głównym problemem może okazać się właśnie osoba ich lidera, bo nie zdziwię się, jak w pewnym momencie reszta składu nie wytrzyma funkcjonowania jakoby w cieniu Dawida. Zwłaszcza, że ich fani zdają się jakoby ten fakt potwierdzać.

