Site icon All About Music

Grimes – Miss Anthropocene (2020), recenzja Christiana Cieślaka

Jako, że pierwsze tygodnie nowego roku są stosunkowo ubogie w nowe piosenki, warto wtedy wrócić do tych, które umknęły nam w czasie poprzednich dwunastu miesięcy. Tym samym postanowiłem zaznajomić się głębiej z ówcześnie długo wyczekiwanym powrotem Grimes do muzyki noszącego tytuł Miss Anthropocene. Choć wspomniałem już o nim krótko w ramach recenzji jego odświeżonej, rave’owej odsłony, postanowiłem rozszerzyć moją dwuzdaniową opinię na jego temat do pełnoprawnej recenzji.

Miss Anthropocene został w wydany w lutym zeszłego roku, nieco ponad cztery lata od premiery jej poprzedniego studyjnego krążka Art Angels. Swego czasu był to niezwykle popularny album, który uzyskał tytuł tego najlepszego w artystycznym dorobku Grimes. Oczekiwane na następcę „artystycznych aniołków” trwało stosunkowo długo, patrząc na wydawniczą historię tej artystki, jednak czas ten ostatecznie nie okazał się zbawiennym dla jej nowego dzieła. Choć osobiście nigdy nie identyfikowałem się jako zagorzały fan dokonań Kanadyjki, tak byłem zaintrygowany jej poczynaniami w muzycznej przestrzeni. Niestety, Miss Anthropocene, zarówno rok temu, jak i dzisiaj, nie wzbudza we mnie większych artystycznych spazmów. Dlaczego?

Brak autentyczności to największa bolączka tego albumu, gdzie Grimes jako sceniczna persona zupełnie rozminęła się emocjonalnie ze swoją kreatorką, czyli Claire Boucher. Wpływ na taką sytuację miała z pewnością jej relacja z Elonem Muskiem, a jak wielu z nas wie, miłość potrafi diametralnie zmienić nasze dotychczasowe postrzeganie rzeczywistości. Choć literalnie Miss Anthropocene jest albumem o miłości, tak Grimes chciała stworzyć coś zupełnie innego, mroczny album o tym jak za chwilę ziemia może przestać istnieć, co się jej poniekąd udało. Niestety, dalekie jest to od tego, co przeżywa sama Claire, która stała się szczęśliwa i jest w końcu dumna ze swojej nowej twórczości, bo ta powstawała w ramach miłości do kogoś, a gdy jest się zakochanym wiele rzeczy wydaje się piękniejsze, niż jest w rzeczywistości. Mimo, że Grimes uważa to dzieło za najlepsze w swojej karierze i mógłbym nazwać ją zadufaną w sobie lalunią, tak tego nie zrobię, bo wiem czemu może tak sądzić i mogę jedynie cieszyć się jej szczęściem. Obiektywnie natomiast Miss Anthropocene nie jest tak wspaniale, choć również nie jest tak źle, jak może się wydawać.

Miss Anthropocene to ten typ albumu, którego spójność nie przemawia na jego korzyść. W zasadzie wszystkie znajdujące się na nim piosenki są bardzo do siebie zbliżone, zarówno jeśli chodzi o tworzące je dźwięki, jak i sposób ich kreowania. Jeśli wysłuchałeś pierwsze dwadzieścia sekund każdej piosenki, tak wiesz jak się one skończą, a dokładając do tego dość monotonny głos samej Grimes, otrzymujemy coś mało kreatywnego, nużącego i stosunkowo przewidywalnego. Jedynie Violence oraz 4ÆM wydają się utworami godnymi zapamiętania, bo tylko te dwie kompozycje udało mi się zapamiętać w toku pisania tej recenzji. Gdy nie sposób zrozumieć, o czym wokalista śpiewa, trzeba liczyć na melodię, a ta w przypadku Grimes jest co najwyżej dobra – techniczne świetna, ale twórczo wyłącznie przycięta.

A propos liryki, Miss Anthropocene miał ambicje dzieła zaangażowanego, lecz gdzieś to w toku pracy artystki umknęło. Koncepcja była, lecz Grimes po prostu nie była wstanie jej wyegzekwować, czego powodem był rozjazd między jej ambicjami, a przeżyciami samej Claire. Jeśli rzeczywiście jest to album o złowieszczej bogini ekologii, która czyha na ludzki los, to mówi o tym tylko jedna piosenka – Violence. Reszta jest po prostu o niczym, bądź o miłości Claire, jej pierwszej miłości, gdzie wszystko jest trochę dziwnie, trochę nie sposób opisać tego, co się czuję, choć dobrze się wie co to jest.

Miss Anthropocene miał być triumfalnym powrotem Grimes na tron księżniczki alternatywnej sceny. Niestety, ambicje i chęci to za mało, by powstało coś godnego najwyższych laurów. Dzieło w istocie przyzwoite, lecz okrojone z zadziornego charakteru jego autorki, różnorodności szalonych pomysłów i inspirujących dźwięków zahaczających o najbardziej kiczowaty pop. Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, bo zawsze można wrócić do poprzednich, równie intrygujących dzieł w wykonaniu Grimes, co wam gorąco polecam.

Exit mobile version