Rozmazane smoky eyes, fryzura z gatunku tych „podpiętych pod wysokie napięcie” i niby niegrzeczne a jednak mieszczące się w normach przyzwoitości i nie tak wybuchowe, jak można by sądzić po fryzurach kawałki – tak, tak, musi chodzić o Good Charlotte. Musze przyznać, że nigdy nie byłam ich oddaną fanką ale wiecie jak to jest z gwiazdami pop rocka – nawet jeśli ich nie słuchamy, kiedy przyjdzie co do czego okazuje się, że znamy na pamięć całą dyskografię! Mimo, że debiutowali już 16-cie lat temu, Youth Authority to raptem 6-te wydawnictwo Amerykanów. Warto odświeżyć pamięć i sięgnąć po krążek? Sprawdźcie!
Krążek otwiera dynamiczny, pełen życia singiel Life Changes. Kawałek został zrealizowany według klasycznej pop-punkowej konwencji zakładającej naprzemienne wzmocnienia i wyciszenia natężenia dźwięku – raz słyszymy lekko bzyczącą w tle gitarę, której towarzyszy melodyjny wokal, to znów wszystkie instrumenty nakładają się na siebie, wybuchając radosnym jazgotem i krzykiem wokalisty. Pozytywnie, skocznie i z życiem! Podobnie sprawa wygląda w wypadku Keep Swingin i The Outfield.
Kolejny singiel, Makeshift Love, otwiera wdzięczne i kołyszące brzdąkanie, ale niech Was to nie zmyli. Wszyscy znamy Good Charlotte i wiemy, że tego typu wstawki mogę być jedynie wprowadzeniem do muzycznej eksplozji. Co prawda w porównaniu ze swoim poprzednikiem kawałek jest nieco wolniejszy, a zamiast gitarzysty dominuje tutaj praca pałkera, wycofując struny w zwrotkach do pozycji tła ale kiedy nareszcie pojawia się refren robi sie głośno i jadowicie!
40 oz. Dream to zupełnie inna historia. Utwór otwiera niespieszna i dość oszczędna w natężeniu linia perkusyjny-wokalna. Ten kawałek ma w sobie coś z poranków na kalifornijskich plażach, pełnych częściowo zaspanych, a częściowo wciąż upojonych używkami chłopców z artystycznym nieładem na głowach. Charakterystyczny zabieg polegający na pozornym niezgraniu się w czasie ścieżki wokalnej z sekcją gitarową i perkusyjną wprowadza do utworu pozorny chaos i stąd takie właśnie skojarzenia. Fajny numer!
Life Can’t Get Much Better, ostatni singiel z albumu to dla odmiany, jeśli można tak powiedzieć, klasyczna pop-punkowa pościelówa. Wiecie – ten sam zaspany chłopak z nieładem na głowie i rozgazowanym piwem w dłoni siada na plaży i zaczyna sobie przypominać tę tajemniczą blondynkę, której imienia nie zna a twarzy do końca nie umie sobie przypomnieć. Szczypta tęsknoty ale z naciskiem na otwarcie kolejnego browara i wyczekiwanie na otwarcie miejscowego baru. Wakacyjnie i bez zbędnej egzaltacji! Na podobnej zasadzie został zrealizowany kawałek Reason to Stay i Stray Dogs. Pościelowy wstęp i donośny, krzykliwy, zagrzewający do boju refren.
Stick to Your Guns to króciutka smyczkowo-elektroniczny przerywnik, oddzielający wszystkie dotychczasowe pościelówki od tego co ma się wydarzyć dalej. Co to takiego?
Cars Full of People otwiera gitarowa, kołysząca i pozbawiona szalonego pędu melodia, której towarzyszy równie łagodna ścieżka wokalna. Nic tutaj nie wybucha, nic nie pędzi w dal, nie usłyszycie żadnego nieoczekiwanego zakrzyku, czy nagłego szału pałkera. Wszystko jest utrzymywane w konwencji delikatnej, rockowej pościelówy, trzymając się dość bliskich sobie dźwięków, dzięki czemu do utworu nie przedostaje się efekt tzw. „zgrzytu po szkle”. Taka sobie przyjemna dla ucha melodia, wybrzdękiwana przez nieco juz upojonego drinkami ze słynnych czerwonych kubeczków chłopaka nad ogniskiem. W podobnej konwencji został pomyślany kawałek Moving On.
War to jeszcze inna opowieść. Rytmiczna ale stłumiona w zestawieniu z pierwszoplanowym wokalem linia gitary i dynamizująca ale wycofana do pozycji tła perkusja tworzą dość łagodną, choć nie pozbawioną napięcia linię melodyczną utworu. Dzięki szczególnie wytężonej pracy gitarzysty, cała sekcja gitarowa nabiera dość echowego, jakby rozmazanego charakteru, co dodatkowo uwydatnia wiodącą pozycję wokalu. Jeden z tych bardziej refleksyjnych, choć pełnych młodzieńczego buntu kawałków, które z cała pewnością zapętlałabym bez końca w okresie tzw. „burzy i naporu”. Prosty, ale bardzo fajny numer!
Jak juz pewnie zauważyliście wiele utworów zostało pozbieranych w grupy i nie, nie jest to lenistwo pani redaktor, lecz celowy i w pełni przemyślany zabieg. Jest kilka takich formacji, które rozpoznamy po tzw. „pierwszej nutce”, nawet jeśli nie do końca kojarzymy ich najnowszy materiał. Od lat trzymają poziom ale też od lat nie odchodzą w żaden sposób od tego, co grali 5, 10, czy 15 lat temu. Takim zespołem jest właśnie Good Charlotte. Ich pozycja jest dość mocna, mimo, że tak naprawdę ogrywają w kółko kilka powielających się riffów. Czy można to poczytać za wadę artystów? Moim zdaniem nie, bo przecież właśnie tych kilka riffów stanowi o tym, że wciąż i wciąż przewijają się przez wszystkie studenckie playlisty, ubarwiając każdą imprezę. Niczym nie zaskakują ale też nikt od nich tego nie oczekuje. Mają być dokładnie tacy, jacy są, dlatego z czystym sumieniem mogę polecić krążek wszystkim fanom nie tylko Good Charlotte, ale też po prostu mieszkańcom akademików, którzy właśnie starają się rozkręcić drętwą imprezę. Po prostu fajny album!

