Gdyby ktoś na początku tego roku powiedział mi, że będę recenzować krążek zupełnie nieznanej mi brytyjskiej kapeli Glass Animals, to zareagowałbym na to dużym zdziwieniem. Jednak gdy pierwszy raz sięgnąłem po ich najnowszy album po tytułem Dreamland, wróciłem do niego drugi, trzeci i tak kolejny raz, czego owocem jest ta oto recenzja.
Na Dreamland natrafiłem dość przypadkowo, jednak nie znając dotychczasowej twórczości ekipy Dave’a Bayleyoda, świetnie zdawałem sobie sprawę z tego z czym mogę mieć do czynienia. Pierwszym i praktycznie jedynym tropem była okładka, która żywcem wyjęta jest z niegdyś wszechobecnej w internetowych zakamarkach stylistyki vaporwave, czy seapunku. Co do muzycznek zawartości skrytej za wygenerowaną komputerowo grafiką, ta jest jej dźwiękowym ucieleśnieniem, łącząc klasyczny pop z elektroniką silnie nawiązującą do wyżej wymienionych nurtów internetowej kultury. Wszystko brzmi ślicznie, słodko i syntetycznie, lecz im dalej w ten plastikowy las, tym drzewa są co raz to bardziej do siebie podobne. Dreamland jest niezwykle konsekwentny w swoich inspiracjach, jednak nie próbuje zrobić z nimi niczego kreatywnego, co by zasługiwało na moje ochy i achy. Pomimo swojej nieco nieznośnej jednostajności, dzieło Glass Animals przyprawiło mnie o kilka miłych doznań, choć nie były to przeżycia szczególnie ekstatyczne.
Najmocniejszą siłą Dreamland jest poleganie na nostalgii, lecz z tą nie mamy kontaktu poprzez samą muzykę, lecz warstwę tekstową. Autorzy postanowili opowiedzieć o „najlepszych latach” swojej młodości, gdzie wiele głupich rzeczy wydawało się tak ważnych i niepowtarzalnych, więc czemu by nie wspomnieć o tych pięknych chwilach. Choć czasami teksty wydają się niezwykle infantylne, żeby nie powiedzieć głupie, tak z mojej perspektywy jest to zabieg jak najbardziej uzasadniony, choć nie za każdym razem wykonany w odpowiedni sposób. Choćby taka piosenka Hot Sugar, której tekst opiera się na opisie kolorowych rzeczy oraz iście filozoficznych rozważaniach wokalisty na temat istnienia. Niezbyt szczególna propozycja ze zmarnowanym melodycznym potencjałem, a szkoda.
Tak naprawdę na Dreamland brak słabych momentów, choć nie można też za bardzo mówić o momentach szczególnie wybitnych. Na tytuł najgorszego utworu z pewnością zasługuje Melon and the Coconut, który nijak pasuje do fantazji Glass Animals – nieco niezdarny, dziwnie krótki, zatem niekoniecznie potrzebny. Pozostałe propozycje, poza trzema „fabularnymi” przerywnikami, to kwestia waszego gustu i potrzeb. Co do moich osobistych faworytów, to tych mam dwójkę. Pierwszy to tytułowy Dreamland, który wprost fantastycznie zaprasza mnie do świata Dreamland, będąc również najbliższym swoim vaporwave’owym inspiracjom. Drugi natomiast to Space Ghost Coast To Coast, który całkiem nieźle połączył trap z elektro popem, w dość zabawny sposób nawiązując do rapu lat 90.
Jeśli chodzi o utwory, które mimo wszystko mają coś w sobie, choć niekoniecznie są z mojej bajki, tak wskażę tu na kolejne dwie kompozycje. Po pierwsze, It’s All Incredibly Loud, które niezupełnie pasuje do bajki spod szyldu Dreamland, jednak intryguje mnie opowiadając o destrukcyjnej sile rozstania. Po drugie, Domestic Bliss, który jako jeden z nielicznych utworów jaki znam porusza temat domowej przemocy w bardzo niewinny sposób, który ani nie jest moralizatorski, ani ckliwy, portretując ją z perspektywy dziecka.
Dreamland świetnie sprawdzi się jako niezobowiązująca odskocznia od rzeczywistości, będąc jednocześnie silnie w niej osadzoną za sprawą warstwy lirycznej. Jak kreskówki dla dzieci, pod otoczką niewinnej fabuły, nierzadko kryją się rozważania na temat bardzo ważnych spraw. Pomimo, że Glass Animals mieli pomysł na swoje nowe dzieło, idea się gdzieś rozpłynęła. Dreamland nie jest złym albumem, ale też nie jest na tyle dobry, by zapisał się w muzycznej historii tego roku.

