Garbage wydali album, jakiego każdy się po nich spodziewał, co w tym przypadku jest dużym plusem. Charakteryzująca zespół od początku unikalna mieszanka gatunkowa i kontestacja wobec systemu społecznego wyzierająca z tekstów Shirley Manson przyniosła w rezultacie kolejny po Strange Little Birds udany album w dorobku amerykańskiego zespołu.
Butch Vig, spiritus movens całego zamieszania pod nazwą Garbage, już w pierwszej połowie lat 90. osiągnął producencki szczyt. Mało kto dziś o tym pamięta, często skupiając się na samych zespołach i ich muzyce, ale to właśnie Vig odpowiadał za producencką stronę takich albumów, jak Nevermind Nirvany, Gish i Siamese Dream The Smashing Pumpkins czy Dirty i Experimental Jet Set, Trash and No Star Sonic Youth. To jak pięć złotych medali igrzysk olimpijskich, wystarczy trzymać w gablocie, chwalić się i odcinać kupony od sławy do końca życia. Całkiem wygodna pozycja, jak na kogoś, kto wtedy dobiegał dopiero czterdziestki. A Vig zamiast dyskontować sukces, rzucił się na główkę do basenu, uprzednio nie sprawdzając czy jest wypełniony wodą. Znudzony produkowaniem kapel, których brzmienie składało się z przesterowanej gitary, ostrego basu i hałaśliwej perkusji, poczuł, że chce robić coś zupełnie innego. Założył zespół, którego brzmienie trudno porównywać z jakimkolwiek innym, bo Garbage to połączenie alt rocka z elektroniką, za każdym razem inaczej zbalansowane i uzupełniane na przestrzeni ponad dwudziestoletniej już działalności grupy różnorodnymi wpływami od trip hopu przez shoegaze po desert rock. Ryzykowny ruch w czasach, kiedy alternatywa stała artystycznie na bardzo wysokim poziomie. Ale się opłacił.
Specyficzna kombinacja rocka z elektroniką, zmieniająca się jedynie odcieniami na przestrzeni lat, jest z resztą jedną z głównych dystynkcji w dyskografii zespołu. Dwie pierwsze płyty (Garbage i Version 2.0), dzięki którym Garbage przebojem wdarł się na scenę muzyczną (symboliczną puentą początkowego sukcesu jest nagranie piosenki do filmów o Jamesie Bondzie – The World Is Not Enough), utrzymane w rockowej stylistyce, zawierają jednak bardzo dużą domieszkę elektroniki. Okres środkowy to już czas bardziej gitarowy i nieco bardziej optymistyczny lirycznie (mimo zawirowań wokół działalności zespołu), by na Strange Little Birds z 2016 r. zaliczyć powrót do ciemnego brzmienia z dużą dawką wpływów industrialnych. Można więc śmiało uznać, że Garbage wraca teraz do korzeni, co nie znaczy wcale, że tworzy najntisową muzykę dla pogrobowców Cocteau Twins czy Billy’ego Corgana z wczesnego okresu The Smashing Pumpkins. Słuchając ich dyskografii na pewno można odnieść wrażenie, że nie bali się eksperymentowania i stale unowocześniali swoją muzykę, ale nie starali się na siłę wypływać na nieznane wody, raczej trzymając się twardo elektroniczno-rockowego rdzenia.
I z tej perspektywy, ostateczny kształt No Gods No Masters nie można uznać za zaskoczenie. To kawał dobrej muzyki w stylu Garbage, który spodoba się, zwłaszcza fanom Version 2.0 czy Beautiful Garbage. To też kontynuacja kierunku, który obrali na Strange Little Birds, choć tegoroczne wydawnictwo sprawia wrażenie nieco bardziej popowego. A już na pewno bardziej kontestacyjnego w sprawach społecznych, bo teksty mają mocne zabarwienie polityczne. Krytyce podlegają ponadnarodowe korporacje i ich chciwość (tytułowy No Gods No Masters), patriarchat (Godhead) czy rasizm i nierówność płciowa (Waiting for God). Shirley Manson, wokalistka i autorka tekstów, napisała piosenki pełne niezgody na otaczającą nas rzeczywistość, jednak bunt ten nie ma charakteru punkowej rewolucji, a raczej bolesnej diagnozy i frustracji. Trudno doszukiwać się w nich optymizmu, gdy nawet This City Will Kill You – utwór, który miał być odą do Los Angeles, stał się de facto obrazem dystopijnym. Liryczna warstwa albumu świetnie współgra z muzyką, która porusza się sprawnie po industrialu, alternatywnym popie, elektronice i nowej fali.
Manson od lat jest ikoniczną postacią feminizmu w tak silnie zmaskulinizowanej branży, jak muzyka rockowa. Jest w tym bardzo autentyczna i zdeterminowana, a swój sprzeciw wobec wszelkich form dyskryminacji czy niesprawiedliwego traktowania wyzierał nie tylko z tekstów piosenek, ale też komentarzy na społeczne tematy, których nie boi się prezentować publicznie. Kiepska ocena, jaką Shirley wystawia światu z przełomu drugiej i trzeciej dekady XXI w., daje do myślenia. Album wyciąga nas ze strefy komfortu, ale robi to na swój sposób, dość delikatny, nie wywołując poczucia dysonansu i niepokoju.
Garbage, albumem No Gods No Masters, kolejny raz potwierdza, że nie wydaje albumów słabych. Nie pozwala sobie za bardzo na romans z komercyjnym popem, czując się na alternatywnej scenie, jak ryba w wodzie. Kluczowa dla zespołu postać, Shirley Manson, nie traci ostrości swojego spojrzenia i zadziornego charakteru. Wszystko brzmi spójnie, nowocześnie i przemyślanie, a zespół nie stoi w miejscu i cały czas rozwija się muzycznie, dzięki czemu Garbage utrzymuje renomę wydawniczego pewniaka.
