W moim początkowym zamyśle recenzja tej płyty miała przerodzić się w mini felieton odnośnie tandety i kiczu na polskim rynku muzycznym, jednak ostatecznie zrezygnowałem z tej idei, aby w pełni skupić się na Gangu. W tym przypadku poziom vanitas sięga bowiem zenitu, zatem materiału na dogłębną analizę problemu jest sporo. O jakim problemie piszę? O tym w dalszej części tekstu.
Gang Albanii tworzy trzech muszkieterów, którzy znani są mniej lub bardziej polskim słuchaczom już dłuższy czas: Borixona, który na swoim koncie ma już sporo solowych albumów, Popka, który był dłuższy czas związany z Firmą, oraz Rozbójnika Alibaby aka Roberta M – producenta muzycznego. Trzeba przyznać, że mieszanka to zacna, a co za tym idzie narodziło się z tego coś wzbudzającego wiele, głównie negatywnych, emocji. Bo tak trzeba zaszufladkować album Królowie Życia – bardzo kontrowersyjny. Co konkretnie jest nie tak z tą płytą?
Przede wszystkim bije od niej wielką komerchą. Widać, że panowie ewidentnie nie kierowali się jakąś wyższą inspiracją czy natchnieniem w trakcie pisania albumu, sami też tego nie ukrywają. Nieraz słychać w tekstach ich piosenek o 'hajsie’ czy 'worku siana’, którego mają ponoć pod dostatkiem. W tym przypadku jest to z pewnością prawdą, bowiem trio (a właściwie duet w składzie Borixon i Alibaba – Popek jedynie poprzez Skype) koncertują aktualnie niemal wszędzie – od morza po góry przemierzają całą Polskę w poszukiwaniu pieniędzy. Najciekawsze jest to, że to działa i profity zawsze się znajdą – i to nie małe.
Kolejny zarzut to wspomniane już przeze mnie teksty. Nie będę może ich cytował, bo po pierwsze nie wypada na tak szanującym się portalu, a po drugie – szkoda na to czasu. Jeżeli ktoś jeszcze nie zna chociażby słynnych hitów Klub Go Go czy Napad na bank, to między tekstem załączam linki. Czasami ma się wrażenie, że coś lepszego skleciłoby dziecko z podstawówki. A na pewno coś mniej wulgarnego, mniej nasyconego seksizmem i bardziej sensownego. W prawdzie teksty trzymają się jakiejś tam kupy i opowiadają jakąś tam, powiedzmy, historię, ale jest to coś na zasadzie (uwaga! spoiler alert!): wpadamy do klubu, leje się wódka, mamy dużo kasy, wszystkie kobiety tańczą nago’. Głębiej niż w Hańczy.
Wokal, to kolejna sprawa, która wymyka się momentami spod kontroli. Popek zupełnie nie stara się nawet trafiać w rytm czy też wydawać z siebie choćby jednej dobrej nutki. 90% jest jednym wielkim fałszem. Borixon co prawda w tej kwestii jest nieco lepszy, jednak ma on ułatwione zadanie, bo nie podjął się stricte śpiewu, a jednie rapowania. To była z jego strony dobra decyzja, bo momentami, chociażby podczas słuchania Dla prawdziwych dam, człowiek ma ochotę zniszczyć słuchawki. Szkoda pieniędzy. No chyba, że Gang da mi trochę swoich.
Próbując doszukać się pozytywów znalazłem jeden: nazywa się on Rozbójnik Alibaba. Na prawdę nie mogę przyczepić się do podkładów muzycznych, bowiem instrumentale są świetne jak na warunki muzyki klubowo-rapowej. Bo chyba w takich kategoriach trzeba tę płytę rozpatrywać. Bardzo szanuję Roberta za jego twórczość i akurat jego się nie będę czepiał. On swoją robotę wykonał w 100% i jemu mały 'worek siana’ się należy.
Myślę, że wszystko, co miałem do przekazania znalazło się w tej recenzji. Szkoda czasu, aby zwracać większą uwagę na takie płyty, bowiem próbując pisać coś więcej dodaje się im tak oczekiwanego fejmu, na który przecież liczą ich twórcy. Kto ma chociaż odrobinę oleju w głowie wie, co mam na myśli. Słuchanie płyty dla śmiechu też mija się z celem, bo są inne, o wiele lepsze sposoby poprawienia sobie humoru. Mi pomaga np. śmianie się z ludzi, którzy w komunikacji publicznej słuchają na pełną moc Kokainowego Barona. Ha! Ha! Ha!

