Szwedzki rynek muzyczny od dawna uważam za jeden z najlepszych pod względem poziomu prezentowanej twórczości. Na pewno większośc z Was kojarzy takich artystów jak: Icona Pop, Lykke Li, Tove Lo czy Elliphant. Niedawno swoją przygodę z muzyką rozpoczął elektro-dance’owy duet Galantis, który właśnie wydał drugi studyjny album. Czy warto sięgnąć po ich nowy krążek The Aviary? Tego dowiecie się czytając dalszą część recenzji.
W momencie kiedy mura masa czy Cashmere Cat łaczą muzykę elektroniczną z alternatywną, duet Galantis idzie w drugą stronę i ten sam nurt muzyczny miesza z popem, przez co The Aviary nie wymaga aż tak dużego zaangażowania. Trudno tu znaleźć jeden odkrywczy utwór. W tym kontekście nie oznacza to niczego złego, ponieważ The Aviary jest wydawnictwem bezpiecznym. Wydawnictwem, które przypadnie do gustu przeciętnemu i niewymagającemu słuchaczowi rozgłośni radiowych, w których Galantis nie raz zdobywał szczyty.
Przedsmaków płyty było cztery. Pierwszy z nich – No Money został wydany ponad rok temu (co pokazuje jak długo chłopaki dopracowywali płyt i jak bardzo promocja albumu była rozciągnięta w czasie). NM, utrzymane w dance’owo-popowych klimatach, odniosło największy sukces spośród wszystkich singlii. Przyjemna dla ucha, przewrotna i chwytliwa kompozycja z dobrym „dropem” jest idealnym podsumowaniem i świetnym zamknięciem albumu. I pomimo faktu, że to No Money zawładnęło cała Europą, to myślę, że ostatni promujący utwór – Hunter zasługuje na największy szum. Prawdziwa wisienka na The Aviary. Piosenka może i nie jest zróznicowana pod względem tempa i produkcji, ale to w niczym nie przeszkadza. Prym bowiem wiedzie tu przyjemny tekst i wokal Hannah Wilson, który w refrenie doczekał się zabiegu zniekształcenia.
Chłopakom z Galantis na pewno nie można odmówić głowy pełnej pomysłów. W odróżnieniu od takich tworów jak The Chainsmokers producenci posiadają koncepcję na każdy utwór z osobna. Nie idą utartymi szlakami, dzięki którym No Money odniosło sukces, i próbują czegoś nowego. Każda następna piosenka nie brzmi jak kopia poprzedniego. Na The Aviary znajdziemy zróżnicowanie instrumentale i budowy utworów. Większość z nich posiada tzw. dropy, dzięki którym zebrany materiał świetnie sprawdzi się na festiwalach.
Lista artystów, którzy wzięli udział w tworzeniu płyty jest naprawdę długa. Jednak nie znajdziemy na niej wokalistków, którzy podbijają listy przebojów. Dobre posunięcie ze strony duetu, ponieważ debiutujący piosenkarze mogą wprowadzić świeżość na płytę, a słuchający mogą poznać nowe i ciekawe wokale, które może kiedyś zawładną międzynarodowym rynkiem muzycznym. Nazwiska te zapewne za wiele Wam nie powiedzą, ale warto ich wymienić, bo brzmią dobrze i niekiedy świetnie wpisują się w edm’owe klimaty – Sarah Aarons (w dobrym, popowym i radiowym kawałku Tell Me You Love Me), obdarzony niezwykle irytującym głosem Bonnie McKee (który zniszczył dobrą, elektropopową warstę muzyczną w Hey Alligator) obdarzona nośnym i zadziornym głosem ROZES (która nadała typowej dance’owej produkcji niespotykanego klimatu) oraz dwójka mężczyzn w powoli rozwijającym się Hello, w którym zmiany tempa i tym samym przejście z krótkich na długie dźwięki wokalne powalają na kolana. Do tego należy dodać wesoły, elektropopowy instrumental w refrenie – brawo.
The Aviary, podobnie jak poprzednik – Pharmacy, jest dobrym, edm’owym wydawnictwem, po które na pewno sięgnie wiele osób. To taka mała wylęgarnia hitów, które mogą podbić rozgłośnie radiowe bez najmniejszej promocji. Jednak natkniemy się też na drażniące, nieprzemyślane produkcje, które nie powinny mieć miejsca. Może nie jest to płyta, której można słuchać na okrągło (po dłuższym czasie zlewa się w całość), ale na pewno świetnie sprawdzi się podczas podróży autem i na festiwalach.

