3 października prawdopodobnie był jednym z ostatnich najcieplejszych wieczorów tej jesieni – czy to za sprawą sprzyjających warunków atmosferycznych, czy nadchodzącego spotkania z rozgrzewającą muzyką w wykonaniu temperamentnego mistrza włoskiej piosenki – Francesco Napoli. Koncert artysty w białostockiej Operze i Filharmonii zabrał widza w muzyczną podróż do słonecznego Neapolu, pozostawiając piękne emocje w pamięci publiczności.
Początkowo może się wydawać, że przygoda Francesco z muzyką toczyła się zgodnie z konwencją supergwiazdy stopniowo wznoszącej się na szczyt. Prestiżowy krajowy (włoski) festiwal piosenki w którym bierze udział dotąd nikomu nieznany muzyk, po czym jego talent zostaje odkryty przez producenta muzycznego. W jego przypadku droga została jednak utarta nieco innymi, nieoczywistymi szlakami. Ojciec planował dla niego karierę prawniczą, ale to właśnie muzyka już od wczesnych lat grała w sercu syna, który rozpoczął naukę gry na fortepianie i gitarze, by spełnić swoje marzenie o zostaniu muzykiem. Tak oto po osiągnięciu pełnoletności, wyruszył własną drogą w wielki świat z gitarą na plecach. Obrana ścieżka w 1988 roku po raz pierwszy poprowadziła go do Polski, gdzie na zaproszenie organizatorów wystąpił na scenie Opery Leśnej w okresie największych lat świetności Sopockiego festiwalu. Dziś włoski muzyk jest właścicielem wielu złotych i platynowych płyt, a po wielu latach – 3 października zaszczycił swoją obecnością stolicę Podlasia.
Względem zaprezentowanego repertuaru, usatysfakcjonowani powinni być zarówno sympatycy popularnej w latach 80-tych muzyki disco oraz wielbiciele romantycznych kompozycji. Nie zabrakło takich utworów jak radosnych Balla Balla, Americano z płyty Esistere-Le Mie Emozioni, Sara Sara czy Vamos a la Playa, gdzie wykonawca ponownie udał się w tłum poddając się improwizacji. Następnie pojawiły się nastrojowe ballady – subtelne Che Sera i (teoretycznie) pożegnalne Santa Lucia, tudzież po licznych prośbach o bis artysta zwrócił się do nas z pytaniem power czy romantico? Zdecydowana większość zebranej publiczności opowiedziała się za skocznymi rytmami, tak więc na prośbę, Francesco wykonał dyskotekowy numer i jeden ze swoich największych przebojów – Lady Fantasy. Spotkanie niepostrzeżenie dobiegło końca, jednak nie obeszło się bez licznych bisów. Pożegnaliśmy się z włoską legendą ponownie wsłuchując się w melodię Che Sera. Minimalizm na scenie ze światłami skupionymi na bohaterze wieczoru, pełnym pozytywnej energii, elegancji i pasji, a także całkowicie naturalna więź między nim a widzem utworzyły niesamowitą, przepełnioną ciepłem atmosferę. Kto by pomyślał, że pracowity poniedziałek, zwłaszcza jesienną porą może okazać się tak przyjemny i inspirujący? Nic tak nie rozgrzewa w chłodne wieczory, jak koncert pozostawiający piękne emocje w pamięci publiczności. Grazie Francesco!

