Site icon All About Music

Francesco Napoli w Operze i Filharmonii Podlaskiej w Białymstoku. Relacja Marty Muśko

3 października prawdopodobnie był jednym z ostatnich najcieplejszych wieczorów tej jesieni – czy to za sprawą sprzyjających warunków atmosferycznych, czy nadchodzącego spotkania z rozgrzewającą muzyką w wykonaniu temperamentnego mistrza włoskiej piosenki – Francesco Napoli. Koncert artysty w białostockiej Operze i Filharmonii zabrał widza w muzyczną podróż do słonecznego Neapolu, pozostawiając piękne emocje w pamięci publiczności.

Początkowo może się wydawać, że przygoda Francesco z muzyką toczyła się zgodnie z konwencją supergwiazdy stopniowo wznoszącej się na szczyt. Prestiżowy krajowy (włoski) festiwal piosenki w którym bierze udział dotąd nikomu nieznany muzyk, po czym jego talent zostaje odkryty przez producenta muzycznego. W jego przypadku droga została jednak utarta nieco innymi, nieoczywistymi szlakami. Ojciec planował dla niego karierę prawniczą, ale to właśnie muzyka już od wczesnych lat grała w sercu syna, który rozpoczął naukę gry na fortepianie i gitarze, by spełnić swoje marzenie o zostaniu muzykiem. Tak oto po osiągnięciu pełnoletności, wyruszył własną drogą w wielki świat z gitarą na plecach. Obrana ścieżka w 1988 roku po raz pierwszy poprowadziła go do Polski, gdzie na zaproszenie organizatorów wystąpił na scenie Opery Leśnej w okresie największych lat świetności Sopockiego festiwalu. Dziś włoski muzyk jest właścicielem wielu złotych i platynowych płyt, a po wielu latach – 3 października zaszczycił swoją obecnością stolicę Podlasia.

Na miejsce spotkania artysty z publiką wybrano największy obiekt artystyczny, znajdujący się na terenie północno-wschodniej Polski, czyli Europejskie Centrum Sztuki w Białymstoku – Operę i Filharmonię Podlaską.  Po zapełnieniu miejsc audytorium Dużej Sceny, która liczy blisko osiemset miejsc siedzących, punktualnie, jak przystało na dżentelmena, o godzinie 20:00 z pustej, oświetlonej sceny dobiegał aksamitny głos Francesco w balladzie Due Angeli z mojej ulubionej płyty Arriva. Artysta przywitał się z publicznością w języku polskim oraz włoskim, po czym opowiedział o zaszczycie udziału we wcześniej wspomnianym festiwalu w Sopocie. Już na samym początku zdołał on zauroczyć publiczność wspominając i wykonując wersje a cappella ówczesnych szlagierów jak Volare czy polskiego przeboju… Daj mi tę noc,  gdzie przy każdym wykonaniu widownia akompaniowała artyście niczym wielogłosowy chór. Podczas większości koncertów mamy do czynienia, bądźmy szczerzy, z wyuczonymi na pamięć monologami. Tym razem wszystko działo się spontanicznie, a artysta prowadził aktywny dialog z publicznością. Dzięki temu dał się poznać z wielu, utalentowanych stron – oprócz oczywistych zdolności wokalnych, Francesco okazał się być świetnym showmenem z darem do naturalnego wywoływania uśmiechu u ludzi. Nie trzeba było długo czekać, by wyruszył w tłum na zapoznanie się ze swoją widownią. Witał się uściskiem dłoni, a niektórzy mieli okazję zaśpiewać kilka fraz w duecie. Tradycyjnym punktem jego koncertów jest zaproszenie czterech kobiet z widowni na scenę i zaśpiewanie z nim przeboju Marina. Tu umiejętnościami (wyróżnione gromkimi owacjami) w szczególności wykazała się jedna z pań, która zaśpiewała cały refren po włosku na przemian z gwiazdą. Artysta nie mógł wyjść z podziwu, a publika doceniła odwagę.

Względem zaprezentowanego repertuaru, usatysfakcjonowani powinni być zarówno sympatycy popularnej w latach 80-tych muzyki disco oraz wielbiciele romantycznych kompozycji. Nie zabrakło takich utworów jak radosnych Balla Balla, Americano z płyty Esistere-Le Mie Emozioni, Sara Sara czy Vamos a la Playa, gdzie wykonawca ponownie udał się w tłum poddając się improwizacji. Następnie pojawiły się nastrojowe ballady – subtelne Che Sera i (teoretycznie) pożegnalne Santa Lucia, tudzież po licznych prośbach o bis artysta zwrócił się do nas z pytaniem power czy romantico? Zdecydowana większość zebranej publiczności opowiedziała się za skocznymi rytmami, tak więc na prośbę, Francesco wykonał dyskotekowy numer i jeden ze swoich największych przebojów –  Lady Fantasy. Spotkanie niepostrzeżenie dobiegło końca, jednak nie obeszło się bez licznych bisów. Pożegnaliśmy się z włoską legendą ponownie wsłuchując się w melodię Che Sera. Minimalizm na scenie ze światłami skupionymi na bohaterze wieczoru, pełnym pozytywnej energii, elegancji i pasji, a także całkowicie naturalna więź między nim a widzem utworzyły niesamowitą, przepełnioną ciepłem atmosferę. Kto by pomyślał, że pracowity poniedziałek, zwłaszcza jesienną porą może okazać się tak przyjemny i inspirujący? Nic tak nie rozgrzewa w chłodne wieczory, jak koncert pozostawiający piękne emocje w pamięci publiczności. Grazie Francesco!

Exit mobile version