
From Muscle Shoals, zaprezentowane w czerwcu tego roku, pozostawiło mnie z nietypowym niedosytem. Z jednej strony chciałem więcej, zachwycałem się unikatowością brzmienia i szeroką paletą wyrażanych emocji, z drugiej natomiast za mało się wydarzyło na zbyt długim metrażu – czułem, jakbym słuchał EP-ki rozciągniętej do longplaya. To Memphis, kontynuacja poszukiwań artystycznych korzeni Foya Vance’a, znakomicie dopełnia poprzedni krążek, zabierając słuchacza w inne obszary amerykańskiej muzyki, popełnia jednak ten sam błąd – oferuje za mało na 45 minut.
Americana, gatunek eksplorowany przez Foya Vance’a, trudno jasno zaklasyfikować. Łączy rock n’ roll, country, folk, gospel i po prostu słychać, kiedy mamy z nim do czynienia. Nie da się ukryć, że jego duch wypełniał twórczość artysty od początku jego kariery, odnoszę jednak wrażenie, że zamiast całkowicie w nim się zagłębić, Foy skupił się tylko na jego lirycznej stronie, przygotowując łagodne ballady i inspirowane tradycyjnym folkiem piosenki (Wind Blows Chloe). To piękne utwory, nie mogę im tego odmówić, Foy Vance po raz kolejny czaruje swoim głosem, a cały album brzmi jak odnaleziony po sześćdziesięciu latach biały kruk amerykańskiej fonografii, ale energetyka utworów, aranżacje, tematyka – różnice między każdym z jedenastu utworów są po prostu niewielkie.
Kilka kawałków jednak wyróżnia się. Otwierający płytę I Was Born łączy nosowy wokal z gęstą mieszanką bębnów, fortepianu, gitary akustycznej, przeplatając wszystko z organami. Refren Cradled In Arms wspaniale podnosi na duchu, a Only The Artist swoim mrocznym i introspektywnym klimatem znakomicie koresponduje z wcześniejszą twórczością Vance’a, swoją stylistyką zbliżając się do klasycznego rocka. Wyróżnia się też z pewnością The Strong Hand z nieco ciemniejszym brzmieniem, fantastycznymi melodiami i imponującym zestawieniem przejmujących harmonii wokalnych, dzięki czemu pozostaje z nami na dłużej. Inne utwory też są solidne, głos Foya Vance’a prowadzi i rozwija je w oczekiwany, pierwszorzędny sposób, ale bliżej im do standardowej, popowej formy, okraszonej jedynie folkowym duchem.
To Memphis to solidny, ale bezpieczny album, interesująca podróż do przykurzonego już nieco świata amerykańskiej muzyki lat pięćdziesiątych, niewątpliwy przebłysk oryginalności w świecie komercyjnych przebojów. To też krok wstecz względem i tak dyskusyjnego dla mnie From Muscle Shoals, bowiem kiedy tam narzekałem na niewystarczające zróżnicowanie, tutaj go już po prostu nie ma. Foy Vance w balladach brzmi wyśmienicie i uwielbiam go słuchać w takim repertuarze, ale znam go też z bardziej żywiołowej strony. Gdyby połączyć To Memphis z poprzednim krążkiem i zredukować liczbę utworów, mielibyśmy perełkę. A tak mamy nieśpieszną, długą wycieczkę pełną wspaniałych widoków, w pewnym momencie zaczynamy jednak czekać, aż wreszcie dotrzemy do celu.

