
Jeżeli twoim kumplem jest Ed Sheeran, a stołek producenta wykonawczego albumu zajmuje Elton John – ewidentnie musisz mieć to „coś”. Foy Vance oczarował może nie olbrzymią, ale oddaną publiczność swoją szczerością i autentycznością tworzonej muzyki. From Muscle Shoals to ambitny zwrot w stronę brzmieniowych inspiracji irlandzkiego artysty – muzyki popularnej południa Stanów Zjednoczonych lat 60-tych. I chociaż cierpi, niestety, na kilka bolączek, najnowszy krążek Vance’a ostatecznie nie rozczarowuje i pozwala wierzyć w każdą wyśpiewaną nutę.
Na początku trochę ponarzekam – From Muscle Shoals ociera się o monotonię. Płytę wybrania metraż – 37 minut to granica, powyżej której albumowi można by zarzucić zbytnią jednorodność. Bardzo cenię sobie spójność i konsekwentne operowanie przyjętym kluczem stylistycznym, ale obranie konkretnej koncepcji nie musi się wiązać z brakiem różnorodności. Odróżnimy, rzecz jasna, nostalgiczne Make it Rain od żywego Good Time Southern Soul, ale zbyt często odnosiłem wrażenie, że dopiero co ten motyw słyszałem, a ta partia instrumentów dętych znów za bardzo dominuje. Również maniera wykonawcza – mocno nosowa, bardziej niż zwykle zachrypnięta – chociaż w pełni wiarygodna i efektowna, jest za rzadko różnicowana. Foy Vance niejednokrotnie udowodnił, jak plastyczny wokal posiada i w jak niesamowicie odmienne światy potrafi nas nim zabierać, rozumiem jednak, że taki był zamysł całego albumu.
Ale kiedy przymkniemy oko na wady, zdajemy sobie sprawę, że jest dobrze. Drodzy państwo, jak ta płyta brzmi! Jest brudna, szorstka, fenomenalnie niedoskonała – tutaj coś trzeszczy, tam pojawia się naturalny pogłos, odczuwamy każdy metr kwadratowy miejsca, w którym rozlegają się wygrywane dźwięki. W czasach sterylnych, perfekcyjnie wymasterowanych nagrań, bądź Foyem Vance’em – partia każdego instrumentu, każda sekunda wokalu oddycha, funkcjonuje w naturalnej przestrzeni. To, co przy pierwszym spotkaniu z płytą wydawać się może nawet niedbalstwem, okazuje się jego największą zaletą. Mikrofon zgubi trochę szczegółów, blacha rezonuje nieco za mocno i wyraźnie słychać, ze chórki stoją pod ścianą na końcu studia? O to właśnie chodzi! Laik, usłyszawszy From Muscle Shoals mógłby wręcz stwierdzić, że album ten powstał w studiu, z którego dopiero co wyszła młoda Aretha Franklin albo Etta James. Chylę nisko czoła za tak misterną wierność epoce, której oddano hołd.
Jeżeli lubicie szczere piosenki o miłości, Ed Sheeran was nie kupił, a Bryan Adams bywa jednak odrobinę zbyt przaśny, Foy Vance was nie zawiedzie. To męskie, ale zarazem pełne wrażliwości kompozycje, traktujące o uczuciach w naprawdę piękny sposób. Nie można jednak ukryć, że miłość na From Muscle Shoals jest nieszczęśliwa (Pain Never Hurt Me Like Love to modelowy przykład), znajdziemy jednak utwory pełne nadziei i spokoju (Sunshine or Rain). Wolę słuchać bez końca takich historii wyśpiewane takim głosem, niż dominujących w mainstreamie emocji skrajnych i, wielokrotnie, skrajnie pustych. Jeżeli coś ma cieszyć – cieszy, jeżeli coś rozrywa serce – głos Foya wzmacnia wyraz stukrotnie.
From Muscle Shoals nie jest płytą wybitną, ale potrafi obezwładnić swoja szczerością i zaangażowaniem. W każdej chwili słychać, że włożono w nią ogromne serducho, a przy tym wszelkie wady po prostu blakną. To dojrzała muzyka dla dojrzałych emocjonalnie osób, tworzona daleko od stadionów i błysków fleszy, ambitna, mogąca pozwolić sobie na swobodne eksperymentowanie. Przyjęta koncepcja, pomimo potknięć, sprawdziła się i bez cienia zawahania mogę stwierdzić, że mnie przekonała. Aby napisać taką muzykę i takie teksty trzeba swoje przejść i swoje zrozumieć – od Foya Vance’a cały czas można wiele się nauczyć.

