Site icon All About Music

Folk horror pod Wawelem – relacja z koncertu Florence + The Machine w Krakowie

Świadomie odczekałem chwilę z napisaniem relacji z sobotniego koncertu Florence + The Machine w Tauron Arenie, żeby pokoncertowa ekscytacja nie wpłynęła na mój obiektywizm. Niemniej jednak dwie doby po występie Florence Welch nadal utrzymuję się w przekonaniu, że Everybody Scream Tour to jeden z najlepszych przykładów jej przemiany i rozwoju, które mogliśmy zaobserwować od czasu debiutu.

Florence wychodząc na scenę w Krakowie doskonale wiedziała dla kogo gra. Jak sama potwierdziła, polski fandom od lat wyróżnia się ponadprzeciętnym wsparciem dla jej twórczości. I rzeczywiście – poprzednie występy artystki w Polsce oznaczały mobilizację kilkunastu tysięcy fanów do przygotowania wyjątkowych akcji koncertowych, które wywoływały wzruszenie po obu stronach sceny.

Album Everybody Scream ukazał się 31 października 2025 roku. Wydawnictwo porusza kwestie pozycji kobiety w muzyce, tożsamości artystki, a także naznaczone jest ponurymi wydarzeniami z życia Florence, która przed krakowską publicznością przyznała, że materiał jest najmroczniejszym, jaki kiedykolwiek stworzyła.

I było to słychać – poza oczywistymi wyborami z Everybody Scream, na setliście pojawiły się pozycje, które zaskoczyły nawet najzagorzalszych słuchaczy Florence. Po kilkunastu latach (!) do życia przywrócone zostały Seven Devils oraz Howl. Zaskoczeniem była także obecność utworu Which Witch – miejskiej legendy wśród fanów z 2015 roku, wykonu którego Florence unikała dotychczas jak ognia, śpiewając go zaledwie kilka razy.

Brak pozostałych utworów z How Big How Blue How Beautiful był z pewnością odczuwalny dla większości zebranych w Tauron Arenie (również ja się w nią wliczam), jednakże całkowicie wspieram wolność artystki w kwestii doboru repertuaru podczas trasy. Jestem przekonany, że Ship To Wreck, czy Queen Of Peace będą miały jeszcze swoje momenty podczas koncertów Florence + The Machine, natomiast zastanawiam się, czy w ogóle wpisują się w historie poruszane na Everybody Scream. Florence wybrała utwory, z tekstami których rezonuje obecnie najbardziej. Uważam, że ten świadomy wybór jest lepszy, niż upychanie hitów na siłę.

Przechodząc do sedna – Everybody Scream Tour to nie jest bezpieczny, festiwalowy występ w formule wokalistka + zespół, jaki mogliśmy dotychczas obserwować. To konkretna i przemyślana produkcja z doskonale wykalkulowanym setem, oprawą wizualną z elementami stylistyki folk-horror i choreografią. Florence z powodzeniem podjęła ryzyko stworzenia muzycznego i wiarygodnego spektaklu, którego celem nie jest spełnienie oczekiwań, a wyeksponowanie stworzonej narracji zawartej na albumie.

Na początku koncertu wybieg pozostawał przysłonięty zwisającymi kurtynami ozdobionymi rycinami botanicznymi. Przez półprzezroczystą tkaninę przebijały jedynie cienie wijących się tancerek, budując napięcie niczym w teatralnym prologu. Po chwili kurtyna gwałtownie opadła (swoją drogą w sposób przypominający rozwiązanie znane z trasy Charli XCX) odsłaniając scenę. Spod materiału wyłoniła się Florence w czerwonej sukni, a towarzyszące jej tancerki niemal jednocześnie wydobyły z siebie przeciągły krzyk, który stał się sygnałem rozpoczęcia przedstawienia.

Pomimo tych niestandardowych wyborów, uczestnicy koncertu mogli nacieszyć się klasykami takimi jak Cosmic Love, Shake It Out, Spectrum, Never Let Me Go, czy Dog Days Are Over. Doskonale sprawdziły się także utwory z nowej płyty – Everybody Scream, Witch Dance, The Old Religion, One Of The Greats, Buckle, And Love i Sympathy Magic. Po raz pierwszy w karierze artystki cały występ odbywał się w obecności tancerek, które nadawały widowisku nieszablonowy charakter.

Nie muszę, ale wspomnę dla nieobecnych, o wyjątkowej interakcji między Florence, a zebranymi pod barierkami fanami, z którymi tradycyjnie witała się pod sceną. To chyba jej znak rozpoznawczy i bardzo się cieszę, że projektant sceny uwzględnił zamiłowanie Florence do wybiegów. W moim odczuciu również i wokal artystki wydobrzał od czasu trasy Dance Fever. Daleko mi do wokalnego coacha, ale te 3/4 lata temu głos Florence wydawał się być mocno wyeksploatowany piętnastoletnią pracą w studiu i na scenie, co nie jest żadną ujmą, a naturalnym procesem, który zadziewa się głosie tak ekspresyjnej persony. W Krakowie Florence emanowała pewnością, obecnością i kontrolą nad trwającym koncertem.

Z oryginalnej maszyny pozostało niewiele. Domniemam (na granicy z pewnością), że nie spowodowały tego wewnętrzne konflikty, czy różnice, a naturalne próby przejścia „na swoje”, angaż w inne projekty lub powody prywatno-zawodowe. Na scenie towarzyszyli artystce: Tom Monger (harfista, obecny nieprzerwanie od Lungs), Aku Orraca-Tetteh (klawisze, wokal wspierający), Cyrus Bayador (gitara basowa), Cian Hanley (perkusja) oraz Harry Fausing Smith (gitara, skrzypce, wokal wspierający; przy okazji – zjawiskowy podczas One Of The Greats).

Przykład Florence Welch, z jakiegoś powodu permanentnie pomijanej w muzycznych zestawieniach i galach rozdania nagród (BRITs, Grammy), pokazuje, że charyzma, talent i wiara w swoją artystyczną wizję wystarczają, aby zbudować wielotysięczną społeczność na całym globie, która z oddaniem podąża za jej przekazem. Artystka zaczynała podbój polskiej sceny w warszawskiej stodole, pojawiła się na wszystkich możliwych festiwalach Alter Artu, stale zwiększając pojemność koncertów od Altas Areny po Służewiec, Kosakowo i finalnie krakowską Tauron Arenę, która tego wieczoru była całkowicie wyprzedana.

Florence wróci do Europy latem, pojawi się na festiwalach w Hiszpanii, Włoszech, czy Grecji, po raz kolejny będzie headlinerką SZIGET’u oraz zagra plenerowe koncerty na Wyspach Brytyjskich. Nie potrafię wyobrazić sobie jeszcze jej kolejnego artystycznego kroku, ale jestem przekonany, że następnym razem zgromadzi taką samą, jak nie większą publiczność w naszym kraju.

Exit mobile version