Site icon All About Music

Wyższy poziom szaleństwa czy oszałamiająca post-pandemiczna wolność? Florence + The Machine – Dance Fever, 2022 (recenzja)

Jakoś trudno mi uwierzyć, żeby akurat piątek 13go w przypadku Florence był datą wybraną zupełnie przypadkowo, jednak nie doszukałam się żadnego wyjaśnienia w dostępnym źródłach. Niemniej jednak, mając na uwadze zamiłowanie wokalistki FATM do wszelkiego rodzaju symboliki, chyba mogłabym się w ciemno założyć, że coś się za tym kryje. Nie ukrywam, to dla mnie najbardziej wyczekiwany album tego roku. Tylko, że oczekiwania mam wysokie…

Faktem jest, że Florence z ekipą znajdują się w mojej TOP3 muzycznych miłości, chociaż wspólne początki mięliśmy co najmniej trudne – byłam delikatnie mówiąc zamęczana zapętlonym You’ve Got The Love, co sprawiło, że powiedziałam, że nigdy dla takiego wyjca nie pojadę na koncert.

No cóż, ostatecznie każdy z ich albumów jest dla mnie muzycznie i emocjonalnie bardzo ważny (może oprócz ostatniego), staram się jeździć na wszystkie koncerty w Polsce, czasami udaje się też za granicą. Obiecuję jednak obiektywizm.

Bo właśnie… High as Hope oprócz pojedynczych utworów nie jest tym, do którego wracam w pierwszej kolejności. Dlatego też ogromnie wyczekiwałam Dance Fever chcąc poczuć dobrze znaną mi ekscytację podczas odkrywania kolejnych smaczków w nowych utworach.

Oczywiście, jak tylko pojawiły się pierwsze ogłoszenia światowych festiwali, po pandemicznych przerwach od koncertów, i wśród tych ogłoszeń coraz częściej odnaleźć można było Florence + The Machine, to było do przewidzenia, że szykuje się coś nowego. Na podkreślenie zasługuje fakt, że londyński zespół ma w Polsce ogromną liczbę fanów, prężnie działający fanclub i bardzo zżytą wokół niego społeczność.

W lutym po Internecie zaczęły krążyć zdjęcia plakatów na które trafiali ludzie m.in. w Londynie. 22 lutego na instagramowym profilu zespołu pojawiło się oficjalnie to zdjęcie:

oraz trailer teledysku.

Przypuszczałam, że przepadnę przy pierwszym odsłuchu. No i tak się stało. King to utwór otwierający krążek, stylistycznie nawiązujący do tych w High as Hope, stopniowo narastający, z piękną aranżacją instrumentalną, na początku stonowany, ostatecznie stając się antemicznym i operowym. Przez krytyków często określany jako feministyczny hymn 2022 roku. Trudno się z tym nie zgodzić. To naprawdę królewskie rozpoczęcie.

Cała oprawa promocyjna skupiona wokół kart odkrywających poszczególne utwory, tworząca talię 14 zdjęć w stylistyce prerafaelickich grafik pasuje do całego konceptu uzupełniając go o kolejną warstwę artystycznego sznytu.

W jednym z najnowszych wywiadów Florence zapowiedziała, że ten album to będzie połączenie debiutanckiego Lungs z dozą większej samoświadomości. Naprawdę po tych słowach nie umiałam się już doczekać. Teraz mogę wam już zdradzić, że dla mnie ten album to most między wszystkimi dotychczasowymi piosenkami zespołu.

Jeszcze słowem wstępu, materiał powstawał w Londynie, w trakcie pandemii, kiedy świat oczekiwał na ponowne otwarcie. Dla nas wszystkich był to specyficzny czas i wyzwanie odnalezienia się w nowej rzeczywistości. Dla Florence był to moment analizy i koncentracji, w swoim bogatym wewnętrznym świecie. Tylko co jeżeli w głowie panuje chaos i koszmar, a pojawiający się tam krajobraz tylko podkreśla i straszy upływającym czasem? Bo gdy jesteś trzeźwy, każdego dnia nie ma opcji nałożenia uspokajającego filtru na rzeczywistość.

Pozbawiona możliwości występowania, Florence skoncentrowała się na swojej relacji z koncertami, energii im towarzyszącej i zależności od tej formy ekspresji. W tym czasie zdała sobie sprawę, że najbardziej brakuje jej klubów, tańca i koncertów.

Tuż przed pandemią Welch zaczęła się interesować tańcem św. Wita – renesansowym zjawiskiem, które polegało na gromadzeniu się grup tańczących ludzi. Bywały to nawet setki osób zatracających się w tańcu równocześnie. Stąd też tytuł Dance Fever.

Wizja i koncept takiego tańca przypomniały jej o doświadczeniach z nim, o dyscyplinie, której się poświęciła, kiedy postanowiła żyć w trzeźwości. Połączyła to z folkowymi elementami z czasów średniowiecza. Tylko do czego to doprowadziło?

Prace nad albumem zaczęły się jak zawsze – z notatnikiem pełnym wierszy i pomysłów, Florence w marcu 2020 roku poleciała do Nowego Jorku, gdzie w studiu towarzyszył jej Jack Antonoff. Wybuch pandemii Covid-19 zmusił jednak Welch do powrotu do Londynu.

Jak sama mówi, Dance Fever to podróż przez rozmaite gatunki w próbie odnalezienia sensu tworzenia i wiary w kolektywne doświadczenie muzyki.

Druga w kolejce na krążku, piosenka Free, będąca jednocześnie czwartym singlem promującym wydawnictwo

Inspiracją do napisania jej napisania była walka z ciągnącym się stanem niepokoju, była ostatnią stworzoną przed pierwszym lockdownem, opowiada o tym jak ten niepokój przetwarza, mając świadomość, że towarzyszy jej właściwie przez całe życie.

Świetnie obrazuje to warstwa tekstowa, w której śpiewa „Picks me up, puts me down A hundred times a day”. Kto kiedykolwiek, tak jak ona czy ja, odczuwał stany lęku przez dłuższy czas, doskonale rozumie tę frazę. Dodatkowo, urzekł mnie teledysk, w którym Bill Nighy (rewelacyjny brytyjski aktor) staje się fizyczną, irytującą postacią lęku artystki. Cudo! Wyobrażam sobie szaleństwo tłumu na koncertach…

I przyszedł czas na nowość. Choreomania sprawiła w mojej głowie chaos, z początkową melorecytacją w stylu utworów z How Big, How Blue, How Beautiful, jakąś plumkającą gitarą w tle ostatecznie rozkręcającą do kawałka, przy którym trudno usiedzieć w miejscu i może faktycznie, zatańczymy się na śmierć. Tutaj przychodzi też zaskoczenie, bo mam wrażenie, że muzyka kończy się nagle, po prostu. Po czym od razu zaczyna się delikatny wstęp do Back in Town, w którym wybija się przepiękny głos Florence, kojący, otulający uczuciem dającym nadzieję. Czy to magia?

Następne Girls Against God jest dla mnie po prostu przyjemne, jednak nie ulubione. Zachwycam się tutaj wielowarstwowym wokalem, tylko z tyłu głowy nasuwa się pytanie – jak ona to zaśpiewa na żywo?

Tak jak mówiłam, dla mnie Dance Fever to most wiążący całą twórczość Florence + The Machine i udowadnia mi to jeden z moich ulubionych tracków. Dream Girl Evil tak bardzo klimatem łączący się z ukochanym przeze mnie Seven Devils ery Ceremonials) to złoto w czystej postaci a następujące zaraz za nim Prayer Factory sprawia, że mam ciarki na całym ciele!

Może już przestałabym chwalić? Przepraszam. Nie mogę.

Cassandra tylko podtrzymuje ten ceremonialsowy vibe. Żałuję bardzo, że Heaven Is Here jest tak krótkie. Zaskakujący wybór singla, chociaż – biorąc pod uwagę mocny ton i mroczny klimat, dłuższa wersja tego szaleństwa mogłaby rozwalić nam głowy.

Moim drugim na ten moment ulubionym elementem tej płyty jest narcyz. Daffodil kupił mnie charakterem, omamił gitarą i uzależnił jak na narcyza przystało. Cóż, nie mam usprawiedliwienia.

Za to mam wyjaśnienie dlaczego My Love stało się drugim singlem. Pamiętacie Spectrum? No to dodajcie do tego duet z Calvinem w Sweet Nothing. Oba to ogromne hity, więc i My love jest dobrym pretendentem do tego miana. Za klubowy vibe odpowiada Dave Bayley z Glass Animals. Ten teledysk był dla mnie ogromnym zaskoczeniem, bo chyba nie tego się spodziewałam (sama nie wiem po co zakładać cokolwiek, skoro Florence potrafi zaskoczyć). Ostatecznie otrzymujemy utwór symboliczny, nostalgiczny, przepełniony dramaturgią. Hipnotyzujący.

W Restraint Florence pyta czy nauczyła się powściągliwości? Oh jak bardzo mam nadzieję, że nie! Liczę, że jej szaleństwo będzie królewsko panować na wieki…

The Bomb to niby prosta ballada z pianinem, akustyczną gitarą, ale wsłuchajcie się w ten tekst. Krążek kończy Morning Elvis, który jest idealny, uspokajającym zwieńczeniem. Czego chcieć więcej?

W tym albumie urzeka mnie fakt, że czuję, że wokalistka, w cudownym akompaniamencie zespołu, nie ma już nic do ukrycia, jest wolna, szczera, zaakceptowana w pełni przez samą siebie. I kocham podróż jaką zafundowały mi dźwięki.

Twórczość Florence + The Machine pozwoliła wielu ludziom uporać się z trudnymi momentami w życiu. Nie mam wątpliwości, że Dance Fever również dla niektórych będzie miał wartość terapeutyczną.

Po High as Hope, Dance Fever to spojrzenie w przyszłość, w kierunku do którego dąży Florence. Jej wzrastająca samoświadomość i chociażby to, że teraz już wie, że szaleństwa na scenie to jeden ze sposobów ucieczki przed chaosem w głowie dodają jeszcze większej iskry do narracji tego albumu.

W jej występach na żywo jest coś co sprawia, że człowiek czuje się wolny doświadczając swego rodzaju wewnętrznego oczyszczenia, uspokojenia albo wręcz uniesienia. Mistycyzm prowadzący do katharsis.

Dance Fever sprawi, że zechcecie uwolnić energię którą kumulowaliście w sobie podczas pandemicznych lockdownów. Nadchodzące festiwale będą do tego świetną okazją, a najbliższy Orange Warsaw Festival właśnie Florence + The Machine będzie gościł jako sobotniego headlinera. Dlatego liczę, że mówimy sobie do zobaczenia!

Exit mobile version