Site icon All About Music

Florence + The Machine – Ceremonials (2011), recenzja Michała Pietruszki

O tym,  że drugi studyjny album jest nagrać o wiele trudniej niż debiut, nie trzeba nikomu przypominać. Można sobie nim zaskarbić grono nowych fanów albo stracić tych obecnych, co chyba automatycznie wiąże się ze stratą wydawniczego kontraktu na następne krążki. Stworzyć jednak materiał ponadczasowy, taki, o którym będzie się mówić i będzie się go słuchać długie lata po jego premierze to prawdziwa sztuka. Ekipie Florence+The Machine to się udało, choć to akurat można było przewidzieć – pisanie epickich utworów przychodzi im tak lekko jak oddychanie.

W moim przekonaniu Ceremonials nie sposób nazwać kontynuacją bestsellerowego Lungs z 2009 roku. A mówię o tym nie bez kozery, ponieważ głównym producentem, podobnie jak przy debiucie, został rodak artystów Paul Epworth. Lista gwiazd z którymi pracował jest tak długa, że mogłaby zapełnić kolejnych kilkadziesiąt wersów tej recenzji. Mimo wszystko najwięcej nagród i międzynarodowy rozgłos przyniosła mu współpraca z Adele nad krążkiem 21, nad którym zachwyca się również Florence Welch. Niejednokrotnie przecież mówiła, wskazując na Rolling in the Deep, że sama chciałaby nagrać tak wzruszające nagrania. Wraz z Ceremonials w pełni się jej to udało.

Całość drugiej płyty zespołu w bardzo dużym skrócie można opisać jednym, prostym słowem. Teatralność. Widoczna nie tylko w (fantastycznym zresztą) wokalu wokalistki, bogatych, przestrzennych aranżacjach, raz pełnymi nostalgii a raz jakąś niewysłowioną ekscytacją metaforycznych tekstach czy intrygującej okładce, ale także inspiracjami, głównymi bodźcami które sprawiły że w ogóle ten album powstał. A ich samych nie trzeba długo szukać, bo już w tytule jest zawarta ich kwintesencja. Nagrany w latach 70. dokument o grupie teatralnej z San Francisco ukazujący ich podczas pełnych koloru obrzędów, ceremoniałów i ich uduchowionym wpływie na ludzką duszę jest swoistą klamrą całego albumu. Już w otwierającej kompozycji Only If For A Night otrzymujemy jego przedsmak. Perfekcyjnymi instrumentariami i równie perfekcyjnymi chórkami w refrenach nie sposób się nie zachwycić.

Potężne bębny, których Brytyjczycy użyli na swoim drugim wydawnictwie nie raz usłyszymy w utworze który jako jeden z pierwszych, pod postacią singla, trafił do rozgłośni radiowych na całym świecie. Nie można przecież chyba wyobrazić sobie lepszej wizytówki jak właśnie maksymalnie żywiołowe Shake It Out. Żywiołowość świetnie opisuje piosenki na przestrzeni całego materiału. W przenośni i dosłownie, gdyż w idealnej harmonii współgrają ze sobą wszystkie cztery żywioły: woda, będąca głównym bohaterem m.in. w barokowym What the Water Gave Me; ziemia, a raczej oderwanie się od niej i odpłynięcie w przestrzeń w Leave My Body, której tematem jest właśnie transcendencja poprzez śmierć i ucieczka od przyziemnych zmartwień; czy w końcu ogień iskrzący się coraz to jaśniej w miarę odsłuchu kolejnych propozycji.

Ekipa dowodzona przez Florence Welch łączy na Ceremonials różne nastroje. Bo kto by się spodziewał po energicznym Shake It Out delikatnej ballady Never Let Me Go, która zwyczajnie czaruje słuchacza i hipnotyzuje go długo jeszcze po odegraniu ostatniego taktu? Krążek ten można porównać do różnokolorowej układanki – mimo że każda z ich części wygląda na oderwaną od reszty, to razem tworzą oryginalną, zapierającą w dech piersiach strukturę. Muzycznie również – obok wpływów soulu czy bluesa zadziwiają nas tutaj dźwięki uptempo; obok indie-rockowych wpływów zachwycają te bardziej rhythm’n’bluesowe, a obok tych teleportowanych wprost z lat 80. jak gdyby nigdy nic istnieją te wpisujące się we współczesne trendy. Producencki majstersztyk.

Gdyby recenzowany krążek wydano kilka lat wcześniej albo, co bardziej prawdopodobne, pojawiłaby się wersja ceremoniałów na kasecie magnetofonowej, to bez wątpienia taśma magnetyczna u mnie najbardziej zdarta byłaby na kawałku siódmym. Sam numer przypisany do No Light, No Light, bo o nim mowa, mógł okazać się szczęśliwy dla muzyków z Wysp. To jeden z najbardziej charakterystycznych kawałków w ich muzycznym dorobku. W szranki o to miano ostatecznie mogłoby stanąć Spectrum, które z kolei sięga po pomoc elektroniki nadającej tu momentami tanecznego wręcz zabarwienia.

Ceremonials to o tyle fascynująca podróż, że w trakcie tych zaledwie dwunastu utworów odkrywamy za rogiem nowe elementy tego muzycznego pejzażu. Maszyny korzystały z wielu instrumentów: galopujących bębnów, klawiszowych wariacji, delikatnych smyczków, wyrazistej perkusji, brzmień kościelnych dzwonów czy anielskiej harfy. Ale chyba najistotniejszym instrumentem okazał się tu wokal rudowłosej wokalistki. Raz nieco psychodeliczny, raz poruszający, raz przepełniony ekstazą – tak ja wskazuje tytuł jednej z kompozycji, Florence Welch prezentuje słuchaczom całe spektrum swoich głosowych możliwości. Finalnie dostajemy – powtórzę to raz jeszcze – dzieło ponadczasowe, magiczne w swej prostocie i doskonałe w bogactwie, które nie nudzi się nawet cztery lata od premiery i pozostaje jasnym punktem na liście muzycznych bestsellerów nowego wieku.

Exit mobile version