Są takie albumy, które przynoszą komfort. Płyty, których słuchamy, kiedy nie możemy zasnąć, kiedy zżera nas stres, kiedy chcemy po prostu poczuć się bezpiecznie. Jeśli poszukujecie albumu, który otuli Was jak ciepły koc w zimowe wieczory lub owieje jak podmuch morskiego powietrza w środku lata, posłuchajcie ley lines amerykańskiego zespołu flor.
Zespół flor (z małej litery!) to wokalista Zach Grace, gitarzysta McKinley Kitts, perkusista Kyle Hill oraz basista i producent Dylan William Bauld (który może się pochwalić pracą między innymi nad debiutanckim albumem Halsey). Muzycy swoją przygodę zaczynali w Hood River w Oregonie, aby po jakimś czasie przeprowadzić się do Los Angeles i podpisać kontrakt z popularną na alternatywnej scenie wytwórnią Fueled By Ramen. Pierwszy album zespołu pod tytułem come out, you’re hiding ukazał się w maju 2017 roku.
Nagrywana przez flor muzyka balansuje na granicy indie rocka i dream popu, przy czym rockowa strona ich duszy najbardziej widoczna jest podczas występów na żywo. Na debiutanckim albumie znalazło się kilka bardzo chwytliwych hitów, takich jak heart, warm blood czy hold on. Muzycy znani są również z doskonałego kontaktu z publicznością oraz spójnej wizualnej estetyki swoich płyt, teledysków czy oświetlenia podczas koncertów.
Album ley lines to 12 utworów i 44 minuty muzyki. Tytułowe ley lines to linie, które łączą miejsca charakteryzujące się szczególną siłą. Zespół chciał tym tytułem podkreślić przebytą drogę; podróż, która doprowadziła ich do wydania drugiego albumu, oraz każdy jej etap i towarzyszące mu emocje.
Co charakteryzuje album ley lines? Być może jest na nim mniej wolnostojących przebojów, niż na come out, you’re hiding, ale za to wspaniale słucha się go w jednym podejściu. Utwory płynnie przechodzą jeden w drugi, co jest zasługą perfekcyjnej produkcji spod ręki Dylana Baulda. Najciekawsze z tych przejść znajduje się między utworami listen for you i little light one, i jest jak narkotyczny trans. Z kolei wokal Zacha Grace nie zmienił się w ogóle, i bardzo dobrze. Jest to wokal subtelny, świetnie wpasowujący się w rozmarzony klimat twórczości flor, ale potrafiący głośno krzyknąć, jeśli wymaga tego sytuacja.
White noise, którym flor otwierają album, to raczej łagodny utwór zbudowany na dźwięku syntezatorów, aż do momentu, kiedy słuchacza zaskakuje stosunkowo mocny, gitarowy breakdown. Największy komercyjny potencjał mają single slow motion i dancing around (ze świetną gitarową solówką). Utwór never was mine brzmi przebojowo i optymistycznie, niczym wyjęte z debiutanckiego albumu zespołu, mimo niezwykle smutnego tekstu. Nastrój nieco zmienia money, które oferuje nam nieco wolniejszy, spokojniejszy rytm oraz metaliczny efekt na wokalu. To jednak tylko niektóre z perełek, które znajdziemy na ley lines. Na słuchaczy na każdym kroku czekają niespodzianki, nietypowe instrumentacje, drobne muzyczne zabiegi wywołujące uśmiech na twarzy.
Na swój własny akapit zasługuje aiming low, subiektywnie najlepszy utwór na albumie, obiektywnie jeden z najbardziej rockowych. Warstwa liryczna pozostaje do interpretacji słuchacza: dla mnie jest to utwór o zagubieniu w chaosie życia (zwłaszcza w branży muzycznej) i zmęczeniu jego szalonym tempem. Zamykający album utwór moonday to świetny dowód na to, że najbardziej wzruszającą, emocjonalną bombę flor zostawili na koniec. Dreszcze na całym ciele podczas słuchania moonday to norma.
Dream popowe zespoły lubią obecnie stronić od prawdziwych instrumentów, skupiając się na dźwiękach, które jest w stanie wygenerować komputer. Ale nie flor – dźwięki gitar i perkusji są słyszalne w każdym ich utworze, co przynosi wrażenie spójności i przekonuje słuchacza o tym, że każdy członek flor jest na równi zaangażowany w tworzenie muzyki zespołu. Dzięki temu również każdy utwór ma swój określony, chwytliwy rytm. Na własnej skórze przekonałam się, jak znakomicie działa to podczas koncertów!
Autorem tekstów utworów flor jest wokalista Zach Grace, który posiada niezwykłą umiejętność ukazywania rzeczy na pozór negatywnych jako nieodłącznej, pięknej części życia. Trudne sytuacje stają się naprawdę proste i oczywiste, jeśli tylko spojrzymy na nie pod odpowiednim kątem, tak jak w swoich tekstach robi to zespół flor. Na przykład w utworze listen for you Zach oswaja tęsknotę za ukochaną osobą:
Easy to let in the chilly air of solitude
Whenever you’re away
What else is there to do?
And I realize that love can never fade
If you water it the same as the plants whose care you take
Liryka flor jest pełna optymizmu, ale nie naiwnego, a raczej jego dojrzałej wersji, która pomaga w delikatnym przewartościowaniu świata tak, aby było nam nieco łatwiej w nim żyć. To kolejny powód, dla którego muzyka flor przynosi niepowtarzalny komfort.
W naszej części Europy flor są jeszcze zespołem relatywnie nieznanym, występowali jednak w Polsce już dwukrotnie i zgromadzili grupę wiernych fanów. Jeśli chcecie do niej dołączyć, wspomagając przy tym czwórkę naprawdę utalentowanych, nienaruszonych zepsuciem sławy muzyków, posłuchajcie ley lines. Gwarantuję, że przynajmniej na czas trwania albumu zapomnicie o swoich problemach, jakiekolwiek by one nie były, i poczujecie się po prostu lepiej.

