Site icon All About Music

Fismoll – Box Of Feathers (2015), recenzja Michała Szuma

Dawno nie byłem tak zmieszany rozpoczynając recenzję. Z jednej strony dostałem przecież do analizy świetny materiał świetnego wykonawcy, jednak z drugiej strony mam co do niego mieszane uczucia. W dalszej części tekstu spróbuję Wam wyjaśnić dlaczego, a być może to Wy pomożecie mi rozwiać wszelkie wątpliwości w dyskusji pod tekstem, do której zachęcam już teraz!

Fismoll jest młodym muzykiem, który w swej twórczości skupia się na elementach akustycznych. Przy tej okazji wyłowiłem pierwszy argument za tym, że ten album jest dobry – w mojej krytyce przemawia przeze mnie zazdrość. Wszak Arek jest moim rówieśnikiem, a jak wiadomo naród polski szczyci się w świecie zazdrością do innego człowieka, a już do rówieśnika, to w ogóle. Oczywiście to tylko przypuszczenia, a ja sam zdecydowanie nie należę do osób zawistnych, jednak jakieś ziarenko prawdy być może się w tym znajduje.

No ale teorie spiskowe na bok: skupmy się na treści. Album Box Of Feathers jest kompozycją 8 utworów, które zajmują na płycie niespełna 40 minut. Czas ten, wydawałoby się niezbyt długi, przy pierwszym przesłuchaniu ciągnął mi się w niemiłosiernie. Spowodowane było to zapewne długością poszczególnych piosenek, bowiem trwają one w większości powyżej czterech czy nawet pięciu minut. To według mnie spory minus przy tego typu muzyce, bowiem słuchacz taki jak ja, czyli zapoznający się dopiero z twórczością, może szybko znudzić się poszczególnymi kawałkami. Jednak zanim spadnie na mnie fala krytyki odnośnie tego jak taka twórczość może się w ogóle znudzić, proszę o chwilę na wyjaśnienie o co mi chodzi.

Uwielbiam klimatyczne i spokojne albumy, jednak wolę, gdy mam do dyspozycji więcej i krótszych kawałków, niż mniej i ciągnących się w nieskończoność. W tym drugim przypadku ma się bowiem wrażenie, że taka koncentracja materiału momentami nudzi przez brak zmian. Słuchając np. Domowych Melodii, które targetem i twórczością są nieco zbliżone do Fismolla (podkreślam: nieco!), można poczuć powiew świeżości z każdym kolejnym numerem. Dzieje się tak dlatego, że kawałki są krótkie, jest ich dużo, przez co różnorodność wydaje się ogromna. U pana Arka momentami jedno zlewa się z drugim i ciągnie jak flaki z olejem.

Jednak ma też to swoje plusy. Dzięki takiemu zabiegowi album wydaje się bardziej spójny i koncepcyjny, tak jakby ten stan rzeczy faktycznie miał być celowy. Nie wiem jak jest w rzeczywistości, jednak zakładam, że całość jest jednak w jakiś sposób przemyślana i raczej nie jest dziełem przypadku. Świadczy o tym chociażby pięknie brzmiący wokal, który jest delikatny jak płatek kwiatka na wietrze. W tej kwestii chyba wszyscy się ze mną zgodzą: Fismoll ma talent.

Zgoda zapanuje także zapewne jeśli chodzi o muzykę. Tutaj na wyróżnienie zasługuje przede wszystkim dobór instrumentów. Gitara, jako ta wiodąca prym, schodzi jednak momentami na dalszy plan i daje się zagłuszyć chociażby przez smyczki. Nadaje to całości przyjemnej lekkości. Można po prostu zatopić się w muzyce i wsłuchać w głos Arka. W takich momentach do szczęście potrzeba naprawdę niewiele, a czasem wystarczają jedynie słuchawki na uszach i Fismoll na playliście.

A czy jest coś szczególnego, co wyróżnia tę płytę na tle innych? Niestety nie. Wydawnictwo jest dobre i to chyba tyle. Po wielokrotnych przesłuchaniach próbowałem wybrać jakąś jedną piosenkę, która wybijałaby się ponad inne, czy chociażby jakiś jej fragment, który byłby wybitny, jednak nic takiego nie wpadło mi do ucha. Jedyną taką rzeczą, która może jedynie być kartą przetargową to fakt, iż widać wyraźnie, że muzyka ta tworzona była prosto z serca i nie jest podporządkowana żadnym panującym trendom. Jednak do takich wniosków dochodzi się po czasie i nie jest to na tyle oczywiste, żeby słuchacz po pierwszym odsłuchu mógł na to wpaść. A szkoda, bo odrobina oczywistości mogłaby pociągnąć ten album nieco do góry.

Chcąc jakoś podsumować moje rozważania dodam jedynie, że może to i dobrze, że takie albumy powstają. Miło od czasu do czasu posmakować muzyki w czystej postaci, można nawet powiedzieć nagiej. Co prawda nie jest to w moim odczuciu materiał wybitny, jak uważa wiele osób, jednak jak najbardziej dobry i bardzo przemyślany. Pokusiłbym się nawet o stwierdzenie, że jest to płyta na światowym poziomie – stabilnym, aczkolwiek nie wybitnym. Mnie niestety takie rytmy szybko męczą, jednak od czasu do czasu na parę minut lubię wracać do takich właśnie wydawnictw. Do Box Of Feathers także zapewne kiedyś wrócę.

Exit mobile version