Site icon All About Music

Fink – Resurgam (2017), recenzja Zuzanny Janickiej

Zupełnie się tej płyty nie spodziewałam. Byłam raczej skłonna się założyć, że kolejne wydawnictwo od brytyjskiego wokalisty i gitarzysty Fina Greenalla dostaniemy najprędzej za rok, kiedy każdy fan artysty zdąży dobrze zaznajomić się z kompozycjami tworzącymi wydany w marcu 2017 roku album Fink’s Sunday Night Blues Club Vol. 1. Chociaż tytuł płyty wyraźnie podpowiada, byśmy wypatrywali drugiej części tej bluesowej przygody, sam Greenall miał inny pomysł na jej następczynię. Zrealizował go przy pomocy pewnego wziętego producenta.

Wokalista nawiązał współpracę z Floodem (prawdziwe imię i nazwisko: Mark Ellis) – Brytyjczykiem, który wcześniej wspierał w studiu m.in. PJ Harvey, Warpaint, Nick Cave & the Bad Seeds, U2, Depeche Mode i Nine Inch Nails. Razem z Finkiem zmajstrowali płytę podobnie surową co Fink’s Sunday Night Blues Club Vol. 1 lecz od niej mroczniejszą. Na Resurgam artysta odchodzi nieco od bluesa w stronę rockowych i elektronicznych podkładów, na których jego zjawiskowy głos sprawia wrażenie jeszcze głębszego i bardziej przejmującego.

I will rise up I will rise again

Fink nie należy do wykonawców, którzy upychają na swoje albumy niepokojąco dużą liczbę utworów. On trzyma się optymalnej dziesiątki, chętniej eksperymentując z długością poszczególnych kompozycji. Na Resurgam samego siebie przechodzi w numerze tytułowym, proponując nam przeszło ośmiominutową podróż po oszczędnej, z początku łagodnej a w końcówce ostrzejszej (szalejąca perkusja!) melodii. To dobra piosenka, choć nie należy do moich ulubionych. Tę grupę otwiera Day 22, będące powolnym numerem o rozbudowanym instrumentarium i mroczniejszym klimacie. Nieco tylko jaśniejszym, bardziej syntetycznym utworem jest przenikliwe This Isn’t a Mistake, w którym ujawniają się elektroniczne korzenie wokalisty. Pojawiają się one także w chłodnym, hipnotycznym Covering Your Tracks; nieco nudniejszym, choć bardziej melodyjnym The Determined Cut oraz nietypowym i (jak na twórczość Finka) nowoczesnym Godhead, w którym do akustycznej gitary dochodzą klawisze i pojawiające się w oddali chórki. Podoba mi się, że możemy obserwować ewolucję tej kompozycji. Podanie wszystkiego na raz nie robiłoby takiego wrażenia. Z bardziej klasycznych numerów najbardziej zachwyca mnie zaaranżowane jedynie na pianino, przesiąknięte smutkiem Word to the Wise. Takiej ballady wokalista jeszcze nie miał. Szybko polubiłam również nostalgiczne, zapadające w pamięć Not Everything Was Better in the Past. Nieźle wypadają również akcentujące bębny Cracks Appear oraz stadionowe, podnioślejsze There’s Just Something About You, godne najlepszych rockowych zespołów świata.

Powoli zaczyna się to robić nudne. Ale może właśnie to jest ten rodzaj nudy, na który nie ma się co skarżyć? Który przyjmować należy z pocałowaniem ręki? W końcu dobrej muzyki nigdy mało, a najnowsza płyta Finka jest kolejną perełką w jego dyskografii i potwierdzeniem tego, że ten facet po prostu nie wie, jak nagrywa się złe piosenki. Na pewno nie jest to album dla wszystkich, ale ja z każdym kolejnym przesłuchaniem zakochuję się w Resurgam coraz bardziej. Wkrótce przyjdzie czas na rozmyślanie, czy szczyt mojego finkowego topu wciąż należeć będzie do Hard Believer. Na razie zastanawiam się, czemu najnowsze wydawnictwo artysty nosi taki a nie inny tytuł. Zmartwychwstanie. Czyżby Brytyjczyk nie był w pełni zadowolony ze starszych numerów i ciągle podnosił sobie poprzeczkę? Jeśli tak to jednego mogę być pewna – czeka nas jeszcze wiele wspaniałych płyt firmowanych jego scenicznym pseudonimem.

 

Exit mobile version