Ten rok z pewnością nie był łatwy dla dziewczyn z zespołu Fifth Harmony. Na kilka dni przed jego rozpoczęciem z grupy odeszła Camila Cabello. Później panie zabrały się za tworzenie nowej muzyki w czwórkę i wydały pierwszy singiel, który jednak przeszedł bez większego echa. Następnie zapowiedziały wydanie albumu, którego promocja była krótka i znikoma. Czy w takim razie warto w ogóle sięgać po płytę Fifth Harmony?
Zespół Fifth Harmony powstał w programie The X Factor U.S. Panie, wtedy jeszcze w pięcioosobowym składzie, zajęły trzecie miejsce i niedługo po zakończeniu show podpisały kontrakt z wytwórniami Syco Records i Epic Records. Na swoim koncie girlsband ma wydaną w 2013 roku EPkę Better Toghether oraz dwa studyjne albumy, Reflection (2015) i 7/27 (2016). Pod koniec minionego roku Camila Cabello odeszła z zespołu, a Ally Brooke, Normani Kordei, Dinah Jane oraz Lauren Jauregui postanowiły kontynuować przygodę z muzyką w czwórkę. 25 sierpnia ukazał się ich pierwszy album nagrany w nowym składzie, który dziewczyny nazwały po prostu Fifth Harmony.
Pierwszą zapowiedź nowego albumu stanowił singiel Down. Kawałek okazał się niestety strzałem w kolano. Nie dość, że nie pokazał on żadnego progresu u dziewczyn, to na dodatek stanowił tanią kopię hitu Work From Home. Szkoda, że to właśnie on został wybrany na singiel przewodni, bo słuchając całego albumu śmiało można stwierdzić, że w ogóle nie oddaje on charakteru płyty. O niebo lepiej jest z kawałkiem Angel. Połączenie sił Fifth Harmony i Skrillexa zaowocowało świetną kompozycją. Utwór w końcu pokazał zespół od innej strony. Panie idealnie zgrały się z muzyką i stworzyły kawałek, którego można słuchać godzinami. Trzeba przyznać, że dziewczyny nieźle sprawdzają się w nieco mroczniejszym klimacie. Szkoda tylko, że warstwa liryczna składa się z jednej zwrotki i refrenu. Na drugi singiel reprezentujący nowy album zespół wybrał He Like That. Przyjemny, wpadający w ucho i idealny do tańca utwór. Szkoda tylko, że jest to kolejna piosenka w ich karierze mówiąca w kółko o tym samym. Dodatkowo sam teledysk aż za bardzo ocieka seksem. Nie ma się co dziwić, że później słyszą zarzuty, że sprzedają seks i nic sobą nie reprezentują.
Najsłabszym punktem albumu Fifth Harmony jest bez wątpienia piosenka Make You Mad. Kawałek jest zwyczajnie nijaki. Dziewczyny brzmią w nim tak, jakby na siłę próbowały pokazać swoje wokale. Przy kolejnym odsłuchu albumu śmiało można pominąć ten utworu, co zadziała tylko na plus dla całości. O wiele lepiej jest z utworami Sauced Up i Deliver. Tym razem w końcu możemy poznać zespół od innej strony. Oba utwory są pełne pozytywnej energii, a dziewczyny w końcu brzmią w nich jak prawdziwy girlsband. Jedna nie przeszkadza drugiej i każda ma chwilę dla siebie. Nie do końca rozumiem jednak zamysł Messy. Piosenka sama w sobie jest bardzo płaska i zwyczajnie nudna. Dodatkowo umieszczono jest na płycie w takim miejscu, gdzie kompletnie nie pasuje. Może gdyby znalazła się na początku, to efekt końcowy byłby nieco inny.
Nowy album ma jednak swoje perełki. Pierwszą z nich jest kompozycja Lonely Night. W końcu doczekałem się utworu, w którym dziewczyny prezentują swoje charakterki. Panie pokazują w tym utworze, że nie warto z nimi zadzierać i wcale nie są uległymi kobietami i wiedzą kiedy powiedzieć bye bye. Don’t Say You Love Me to utwór, w którym słychać prawdziwe zaangażowanie dziewczyn. W końcu możemy usłyszeć, że piosenka jest częścią nich, a one naprawdę się w nią wczuwają. Piękne wokale, spokojna muzyka i piękny tekst. Tytuł najlepszego utworu trafia jednak w ręce Bridges. Ta piosenka, to idealne zamknięcie całego albumu. Doczekaliśmy się w nim doskonałych i jednocześnie stonowany wokali, tekstu, który naprawdę ma jakieś znaczenie i spokojnej muzyki, która nie ingeruje w śpiew dziewczyn, tylko stanowi dla niego idealne tło. Może gdyby panie zamiast wciąż śpiewać o facetach nagrywały więcej utworów z takim przesłaniem, to faktycznie mogłyby coś wnieść do przemysłu muzycznego.
Podsumowując cały album mogę śmiało stwierdzić, że dziewczyny nadal nie odnalazły swojej drogi. Wygląda to trochę tak, jakby ciągłe szukały po omacku i bały się wykonać pewne kroki. Zamiast się w pełni rozwijać i nagrywać utwory, w których mogą coś przekazać i wyeksponować swoje głosy wolą wciąż powtarzać te same błędy i podążać tymi samymi ścieżkami. Na szczęście na albumie znalazły się utwory, które naprawdę zasługują na uznanie. Niestety nie są one wyróżniane w takim sposób jak powinny, a tylko spychane na boczny tor. Osobiście nie za bardzo widzę przyszłość tego girlsbandu. Moim zdaniem każda z pań powinna ruszyć swoją drogą. Wydaje mi się, że byłoby to zwyczajnie lepsze rozwiązanie niż tworzenie zespołu. Może wtedy każda z nich mogłaby zaprezentować światu prawdziwą siebie i tworzyć muzykę zgodną z tym, co podpowiada im serce.

