Site icon All About Music

Father John Misty – God’s Favorite Customer (2018), recenzja Piotra Krajewskiego

Zdjęcie użytkownika Father John Misty.

Folkowy pieśniarz znów tu jest. Father John Misty, a tak naprawdę Josh Tillman, przyzwyczaił już swoich słuchaczy, że jego muzykę charakteryzuje wybuchowa liryczna mieszanka, gdzie potrafi jednocześnie wyznać miłość ukochanej, a zaraz później skrytykować cały zachodni świat za głupotę i uzależnienie od mediów społecznościowych. Taka była jego poprzednia płyta. Po roku Father John Misty powraca z albumem God’s Favorite Customer, na którym bada samego siebie.

Na pierwszy rzut oka muzyka Father Johna Misty’ego wydaje się lekka, melodyjna, prosta w odbiorze. Istny chillout. Folkowe balladki, których można posłuchać sobie w trakcie spokojnego wieczoru. Faktycznie, melodie Josha Tillmana nie atakują słuchacza milionem dźwięków, dają chwilę wytchnienia, potrafią uspokoić. Daleko im jednak do głupiutkich, ckliwych kompozycji o niczym. Amerykanin udowodnił już niejednokrotnie, że jest solidną firmą, a każda piosenka jest wręcz przeładowana jego często mocno pesymistycznymi myślami.

Na poprzedniej płycie Pure Comedy dołował się dzisiejszym stanem cywilizacji Zachodu, kondycją społeczeństwa kapitalistycznego, amerykańską polityką czy światem mediów społecznościowych. To było dzieło ponure, czasami zaskakujące ciętym dowcipem, ale przesiąknięte jednocześnie bolesnymi wizjami rzeczywistości. Potrafiło zmęczyć, mimo że równocześnie zachwycało swoimi melodiami i muzycznym rozmachem.

Tym razem Father John Misty postanowił odstawić kłopoty ludzkości XXI wieku na bok i zajął się osobistymi problemami. God’s Favorite Customer powstawało w pokoju hotelowym, w którym podobno Tillman zamknął się na dwa miesiące i próbował poradzić sobie ze swoją psychiką. Kilkadziesiąt dni sam na sam z własnymi myślami. Dla człowieka z depresją takie wyzwanie wydaje się wręcz nie do zrealizowania.

Trudy walki z samym sobą słychać na całej nowej płycie. To album niezwykle szczery, przeładowany emocjami, bardzo osobisty. Artysta rozkłada miłość na czynniki pierwsze, nie bojąc się jednocześnie zabawy groteską. Dziesięć nostalgicznych utworów ociekających cierpieniem i dramatem wrażliwego człowieka, który gubi się w codziennym chaosie. Depresyjne Please Don’t Die, spokojne The Palace, intymne God’s Favorite Customer, romantyczne The Songwriter czy beatlesowe Disappointing Diamonds Are the Rarest of Them All – to tylko kilka z wielu nowych piosenek Tillmana, przy których warto dłużej się zatrzymać. Świetnie, że 37-letni muzyk nie bał się też ożywić nieco tempo singlowym Mr. Tillman czy indie rockowym Date Night.

Na swoim czwartym krążku Father John Misty muzycznie nie odchodzi jednak daleko od swoich poprzednich dokonań. Chętnie nawiązuje do muzyki lat siedemdziesiątych. W jego nowych melodiach wciąż słychać sporo fortepianu, akustycznej gitary, pięknych folkowych brzmień i lekkiego soft rockowego pazura, który dobrze znamy z twórczości Johna Lennona czy Eltona Johna. Co najważniejsze, God’s Favorite Customer słucha się o wiele łatwiej niż ostatniej płyty Pure Comedy, która nieco przytłaczała, a niekiedy wręcz nudziła. Tutaj tego nie ma, a blisko 40-minutowe dzieło mija niezwykle szybko.

Utalentowany Father John Misty znów to zrobił. Otworzył się i wylał na papier wszystkie uczucia, które zawładnęły jego umysłem. W niezwykle zgrabny, inteligentny, elegancki i muzycznie minimalistyczny sposób opowiedział o swoich miłosnych rozterkach, a także niepewnym jutrze. God’s Favorite Customer zachwyca intymnością, prostotą oraz surowym klimatem. I choć nowa płyta Amerykanina sprawia wrażenie mocno ponurej, bije od niej jednocześnie ciepło i pewna pozytywna energia. Idą jednak lepsze czasy? Wydaje się, że Josh Tillman w końcu znalazł przycisk resetu i cierpliwie czeka na długo niewidziane słońce.

Exit mobile version