Site icon All About Music

Fall Out Boy – American Beauty/American Psycho (2015), recenzja Kuby Koziołkiewicza

Gdy po raz pierwszy zaznajamiałem się z twórczością Fall Out Boy, promowali oni ich najnowszy, na tamten moment, album Infinity on High (2007). Punkowa zadziorność i nieszablonowe kompozycje były wtedy znakiem rozpoznawczym kapeli. Co prawda, krytycy wrzucili chłopców do worka z napisem pop – punk, ale ich muzykę ciężko było zestawić z takimi zespołami jak Blink-182, czy Sum-41, również wywodzącymi się z tego gatunku. Mieli swój własny, charakterystyczny styl, którym podbili serca zarówno fanów, jak i dziennikarzy muzycznych. Na American Beauty/American Psycho, zamiast powrotu do korzeni, słyszymy grupę niepotrzebnie zauroczoną współczesną muzyką popularną.

W sumie nie powinienem być tym zaskoczony. Poprzedni krążek chłopców, nagrany po reaktywacji Save Rock and Roll (2013), wskazywał jasno – to mainstream (jakoby w opozycji do tytułu tego wydawnictwa) jest nowym środowiskiem dla projektu dowodzonego przez Pete’a Wentza. Lecz płyta ta posiadała klimat początkowych tworów kapeli – pozbawioną niemal pedantycznego podejścia do masteringu produkcję. Tutaj, odnosiłem czasem wrażenie, że mam styczność z nadmiernie dopieszczonymi kawałkami Kanye Westa, czy Rihanny. A z tego co wiem, to oni nie grają rocka.

Płytę otwiera Irresistible, brzmiące jak kolejny singiel jakiejś najnowszej gwiazdki pop (mający jednak swój pazur). Tytułowe American Beauty/American Psycho śni mi się po nocach, z powodu irytującej linii wokalu Patricka Stumpa w refrenie. Następnie dostajemy Centuries – najlepszy utwór albumu. Przeniósł mnie choć na kilka minut w czasy świetności Amerykanów, gdy tworzyli takie hity jak Dance, Dance, czy Sugar, We’re Goin’ Down. Aż się, przysłowiowa, łezka w oku kręci.

Potem słyszymy The Kids Aren’t Allright. Tytuł natychmiast kojarzy się z wielkim hitem grupy The Offspring. Jednak, jak wspominał Wentz w jednym z wywiadów, ich kompozycja, podobnie jak kawałek Offspringa, zainspirowane zostały kultowym utworem Brytyjskiej legendy punkowej – The Who – i ich The Kids Are Allright. Jednakże, jeśli ktoś liczył, że kompozycja FOB w jakimś stopniu przypomina utwór Dextera Hollanda i spółki, muszę go rozczarować – dzieło chłopaków z Chicago to ballada, ale trzeba im oddać, że bardzo przyjemna i posiadająca fajną, szybko przyswajalną melodię. Ewidentny kandydat na następny singiel. W Uma Thurman dostajemy kolejną dawkę elektronicznych beatów, wyposażonych w pojawiającą się co jakiś czas gitarę, przywodzącą czasy, kiedy plakat Elvis Presleya wisiał w pokoju każdej nastolatki.

Jet Pack Blues od pozostałych kompozycji wyróżnia jedynie partia gitary akustycznej, w Novocaine zastosowano efekt flangera, kojarzący się z tym, który w nagraniach z Bon Jovim używał Richie Sambora. Brzmi to całkiem fajnie. Fourth Of July, podsycony duchem patriotycznym, przypomina mi trochę ostatnie dokonania Irlandzyków z The Script. Favourite Record nie jest pierwszą podróżą zespołu w znane już terytoria spod znaku współczesnej muzyki popowej. Przedostatnia kompozycja na płycie to Immortals, którą fani kreskówek mogą znać z filmu Wielka Szóstka. Utwór wpada w ucho, ale gdzie jest rock, ja się pytam? American Beauty/American Psycho zamyka Twin Skeletons (Hotel in NYC), ewidentnie zainspirowany odchodzącym powoli w niepamięć dubstepem.

Wszystkie kompozycje znajdujące się na tej płycie można scharakteryzować jednym słowem – nowoczesne. Jednak w przypadku muzyki gitarowej, nowoczesność – jak dla mnie – nie jest żadną zaletą. Od wielu lat negatywnie podchodzę do nadmiernego bratania się świata rocka ze światem popu. Oczywiście, drobne inspiracje jeszcze nigdy nikomu nie zaszkodziły, ale w momencie, gdy stają się one nurtem dowodzącym, trzeba to jak najszybciej wypunktować i skrytykować. Fajnie, że chłopcy się rozwijają i starają próbować nowych rzeczy, ale nie tędy droga, jak śpiewała kiedyś Ewa Farna. Żebyśmy mieli jasność: płyta ta nie jest słaba – jest fantastyczna, lecz wierzyłem w to, że usłyszę na niej więcej brudnego rocka. Niestety, trochę się przeliczyłem.

Na American Beauty/American Psycho można dosłyszeć wiele świetnych motywów gitarowych, czy wpadających w ucho melodii, ale co z tego, skoro są one stłamszone przez tonę elektronicznej sieczki? Odsłuchałem sobie na Youtube odegrany w BBC Radio 1 tytułowy utwór. Pozbawiony kupy sampli, beatów i innych niepotrzebnych smaczków, brzmiał genialnie.

Obejrzałem zarówno film American Beauty, jak i American Psycho. W swoim gatunku są lepsze, niż najnowsze wydawnictwo Fall Out Boy. Nie zmienia to jednak faktu, że nadal ich uwielbiam, a na ten moment stanowią dla mnie zdecydowany top wśród kapel rozwiniętych po 2000 roku. Trochę w tej recenzji ponarzekałem na chłopaków, gdyż nie podoba mi się ich obecna ścieżka kariery, lecz z pełnym przekonaniem stwierdzam, że krążek ten jest przebojowy i przyciągający. Każda kompozycja się broni, wokal Patricka jest nadal nieziemski. American Beauty/American Psycho zasługuje na ósemkę, mimo, że – jak mówił Wąski w Kiler-ów 2-óch – jest na nim kilka niedociągnięć.

Exit mobile version