Site icon All About Music

Europe – Walk the Earth (2017), recenzja Marty Muśko

Europe od czterech dekad lat grają w składzie, który jest taki sam jak za czasów, gdy odnosili swoje największe sukcesy i obecnie żadna inna kapela rockowa z lat 80. nie pracuje na tak przyspieszonych obrotach, jak tych pięciu uzdolnionych muzyków ze Szwecji. Oprócz świętowania 30-lecia swojego ponadczasowego przeboju, na dłuższy czas zagościli w legendarnym studiu nagraniowym Abbey Road w Londynie i wypełnili jej ściany solidnym hard-rockiem, dopełniając swoją dyskografię o jedenastą płytę studyjną – Walk The Earth.

Szwedzi od lat nieugięcie walczą z przypisaną do nich łatką kapeli jednego przeboju. Świadomość słuchacza ograniczona do playlist w radiu zwykle zaczyna i kończy się na sztandarowym przeboju lat 80., The Final Countdown. Niestety w przypadku tych wybitnych muzyków, zaszufladkowanie grupy do wykonawców one-hit wonder jest mocno krzywdzące. Wystarczy nieco odświeżyć pamięć, by przypomnieć emocjonalne Carrie, czy dziś zapomniane, a dawniej cenione w Anglii i w Polsce I’ll Cry For You. Jestem przekonana, że gdy odpalicie którykolwiek z tych utworów, większość z was w krótką chwilę będzie zdolna zanucić wcześniej dobrze znaną melodię. Dziesiątym albumem studyjnym i trasą koncertową War of Kings w 2015 roku pokazali środkowy palec wszystkim, którzy dotychczas nie brali ich na poważnie w świecie hard rocka. Potrafią na scenie połączyć oba, wydawałoby się odległe od siebie światy, jakie dzielą ich pierwotną twórczość, a dzisiejsze zamiłowanie do ostrzejszych brzmień, jednocześnie nie odcinając się od lat świetności dzięki którym dzisiaj mogą spełniać się jako muzycy i tworzyć wszystko – co ich dojrzała rockowa dusza zapragnie.

W trzydziestą rocznicę powstania ich ponadczasowego The Final Countdown, który stał się numerem jeden w 25 krajach, zamiast opierać się na sławie sprzed lat, wydawać limitowane edycje i inne bajery, postanowili oddać w ręce słuchaczy swój jedenasty, całkowicie premierowy krążek. Nieodmiennie w oryginalnym składzie pracowali w słynnym londyńskim studiu Abbey Road.

Tytułowy singiel otwierający wydawnictwo, pretenduje do roli najbardziej optymistycznej i życiodajnej piosenki. Z początkowych założeń jej refren miał więcej surowego dźwięku, ale po połączeniu go z sekcją klawiszy Mic’a, całość uzyskała charakterystyczne brzmienie. Sama melodia powstawała dość sprawnie – począwszy od improwizacji na jednym z koncertów w ubiegłym roku, po dopieszczenie konkretnego pomysłu do najmniejszych detali. Oczarowany numerem John Norum postanowił stworzyć do niej melodyjne, pełne energii solo. Ostatecznie odpowiednie słowa spotkały się z brzmieniem utworu, co dało niepowtarzalny efekt. Świat, w którym obecnie żyjemy, dzieli nas w różnych kierunkach; politycznym, społecznym i duchowym. Jesteśmy jedną planetą, jedną ludzką rasą. W głębi serca większość z nas ma te same podstawowe wartości ludzkie, z nadzieją, empatią i instynktem przetrwania. O tym właśnie opowiada Walk The Earth.

Zmierzając przez świat otrzymujemy pocztówkę z Rewolucji Francuskiej, gdy demokracja stawiała pewne kroki na terenie Europy. Jednym jej pomysłodawców był basista John Leven, który podesłał swoje riffy i natychmiast rozpoczęto próby, które tekstowo wsparł Chris Difford z grupy Squeeze. Jedna z najciekawiej zaaranżowanych propozycji na płycie, w której rzeczywiście czuć ducha słynnego studia Abbey Road. Muzycy z Europe pomimo blisko czterdziestoletniego doświadczenia na scenie wciąż mają głowy pełne pomysłów i inspiracji, a jak wiemy – bez weny trudno jest o satysfakcjonujące efekty w muzyce czy w jakiejkolwiek dziedzinie sztuki. Ta przyszła razem z utworem Kingdom United. Jego pierwsze demo o kilku roboczych tytułach, zagrano na perkusji i było dość chaotyczne w brzmieniu. Finalny efekt podzielono na dwie części z królującymi riffami i częścią solo w outro. Technikę wsparł producent Dave, który po każdym wersie dodał instrumentalną część wypełnioną brzmieniem klawiszy Mellotron, co sprawiło, że numer poszybował w górę stanowiąc świetny element nowej płyty. Na tle podróży równie ciekawie prezentuje się stonowane Pictures. Joey Tempest skoncentrował się na swoim pomyśle, który narodził się ponad 15 lat temu i nigdy nie opuścił jego twórczych myśli. Wyjątkowa sekcja akordów w balladzie up-tempo w połączeniu z grą na fortepianie powstała na pamiętnym instrumencie z dzieciństwa w domu jego rodziców, na którym tworzył wiele utworów dla Europe we wcześniejszych latach ich twórczości. I rzeczywiście całość brzmi niczym solidnie zbudowana na emocjach ballada rodem z lat 60.

Niekiedy wystarczy wspólnie przysiąść nad danym pomysłem, by niewielkim wysiłkiem spontanicznie stworzyć dobry kawałek. Na pomysł Election Day Joey i Mic wpadli na bieżąco grając w studiu. Niemal gotowy numer przeleżał dobrych kilka miesięcy, lecz wciąż czegoś mu brakowało. Późnym latem 2016 roku w głowie Joey’a ukształtowała się melodia i śpiew chóru. Dynamiczny numer z melodyjnym, ale nie jednostajnym refrenem traktuje o dwóch dramatycznych wyborach w Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych, a cały przekaz i uczucia zostały namalowane przez obecnie już cięższy, ale wciąż niezastąpiony, charakterystyczny wokal Joey’a. Muzyczną bestią będącą jednocześnie najbardziej specyficznym utworem na krążku jest Wolves. Dramaturgię wsparły ciekawe techniki nagrywania, Mellotron i liczne, ale nieprzeforsowane efekty. Przemieszczając się z polityki, przechodzimy w mocne GTO. Rasowy hard rock z zastrzykiem energii przyśpiesza dzięki chwytliwym haczykom Johna Noruma, nadając żywe brzmienie. Europe zapewniają perfekcyjną mieszankę gitar i klawiszy, które kuszą do podkręcenia głośności na pełną moc. Nie spowalniając, przystępujemy do dynamicznego Whenever You’re Ready ze świetną solówką. Podobne było spotkanie z Haze w którym ponownie odczuwa się kunszt i energię wydawaną przez grę Noruma z wieloma ciekawymi rozwiązaniami. Docierając do mety słyszymy najbardziej dramatyczny element płyty w postaci Turn To Dust, który opowiada o tym, co nieuniknione w życiu.

Brak tu rewolucji, ale czy w dzisiejszym w skomercjalizowanym świecie, jest ona potrzebna dla rocka? Nawet w obliczu ciągle rozwijającego się przemysłu muzycznego, Europe pozostają wierni swojemu stylowi, czerpią inspiracje od swoich idoli i prezentując je wraz z jedenastym w dorobku Walk The Earth. Zawartość uosabia wszystkie zalety albumu koncepcyjnego z lekkimi odstępstwami od reguły, które w tym punkcie są ogromnym atutem potęgującym zaciekawienie słuchacza. Praca zespołowa najlepiej opisuje najnowsze dzieło muzyków, wprowadzając na tę drogę pomysłowość i indywidualne wizje każdego z członków legendarnej grupy.

Exit mobile version