Włoski wokalista Eros Ramazzotti w ramach swojej najnowszej dwuletniej trasy koncertowej Perfetto World Tour zahaczył także po raz pierwszy o Polskę, by podzielić się z nami radością z okazji ponad trzydziestoletniej pracy scenicznej.
To była niezapomniana noc. Potwierdzi to każdy, który był na tym wydarzeniu. Nie tylko dlatego, że artysta po raz pierwszy odwiedził nasz kraj, ale również z powodu bardzo dobrej dyspozycji wokalisty, co rzutowało bezpośrednio na odbiór całego show. Gdyż tylko w tej kategorii można to rozpatrywać. Eros Ramazzotti podczas dwugodzinnego koncertu dał nam się poznać jako człowiek o kilku twarzach.
Pierwszą z nich zaprezentował już na samym początku, poprzez przeróżne wizualizacje. Muszę przyznać, że wszystko pod tym względem było dopracowane. Na ekranach pojawiały się różne filmiki, które idealnie współgrały z prezentowanym wówczas utworem. Widzieliśmy więc nie tylko fragmenty dotychczas zrealizowanych klipów, ale i także wokalistę kopiącego piłkę, tańczącego, a nawet… uśmiechającego się do nas szeroko w koszulce Reprezentacji Polski.
Kolejna kryje się pod pojęciem „zwierzę sceniczne”. Często artyści po latach mają coraz mniej sił, by dawać dobre i efektywne show, wykorzystując do tego charakterystyczny głos. Wielu z nich się ta sztuka nie udaje. Niestety, wbrew co niektórym muszę to powiedzieć: Ramazzotti daje radę. Wykonanie piosenek ze swojej ostatniej płyty na żywo to strzał w dziesiątkę. Kompozycje z Perfetto brzmią niemalże tak samo na żywo, z tym że artysta nadaje im jeszcze w pewnym sensie drugie życie. Wiem, być może plotę głupoty, bo przecież repertuar czternastego w dyskografii artysty albumu studyjnego są zbyt spokojne na wariactwa. Nic bardziej mylnego. To właśnie jego charyzma i chęć prowadzenia rozmów z publicznością prowadziły do nietypowych sytuacji – na przykład różne psikusy robione członkom zespołu… nie wiem na ile akurat ten element był zaplanowany, ale uśmiałam się. Ponadto, mało który artysta stara się być blisko krawędzi sceny i z jednego krańca na drugi wciąż mobilizować do zabawy przy jego muzyce. A nawet schodzić z niej, by być blisko ludzi. Przerwy między utworami wykorzystywał w różne przedziwne sposoby. Raz „wraz z publicznością” (na zasadzie, że artysta rzeczywiście to robi, a widzowie dopingują) przesunął fortepian. Często też używał naszego pięknego polskiego języka. I to nie tylko w zakresie „dziękuję”, jak to miało miejsce po każdym zaśpiewanym kawałku… Także były to rozmowy na zasadzie „jak się macie”, „dzięki Krakow”, czy pytanie jak po polsku mówi się „proszę”. Cóż, miejmy nadzieję, że wyniesie coś z tych krótkich rozmówek polsko-włoskich.
Wracając do koncertu… Nie zdziwi Was zapewne fakt, że oprócz utworów znajdujących się na jego ostatniej płycie Ramazzotti zaprezentował również swoje starsze hity w zupełnie nowych aranżacjach. I to w drugiej części koncertu. Przy Un Angelo Disteso Al Sole było słychać jedynie gitarę akustyczną i głos wokalisty. Cosi czy Cose Della Vita (oryginalnie nagrany wraz z Tiną Turner) również zyskały niespotykane wcześniej (aczkolwiek bardzo piękne) brzmienie, a wykonem Fuego En El Fuego kończącym widowisko zamknął usta wszystkim krytykom.
Zaskoczeniem dla mnie był fakt, że na Tauron Kraków Arenie było „tylko” około 5 tysięcy osób, podczas gdy obiekt może pomieścić co najmniej 3 razy tyle. Gdy jednak zobaczyłam na cenę biletu jednej z pań siedzących przede mną, zrozumiałam dlaczego tak jest. No cóż… By iść na dobry koncert zagranicznego artysty trzeba co nieco wysupłać tak zwanych „zaskórniaków”. Rzadko zdarza się jednak, by jakość była adekwatna do ceny biletu. Nie będę może wypowiadać się na temat innych zagranicznych artystów, gdyż jest to temat zbyt dyskusyjny, ale mogę powiedzieć jedno: tym razem było warto. Za każde pieniądze.

