Tegoroczna edycja Enea Spring Break za nami. Byliśmy na koncertach naszych ulubieńców, poznaliśmy kilka dobrze zapowiadających się zespołów, zdobyliśmy cenne doświadczenia. Oto słów kilka o tym, co się działo kilka dni temu oraz kilka zdjęć, aby lepiej Wam się czytało.
Deszcz był chyba hasłem przewodnim tegorocznej edycji. Zła pogoda nie przeszkodziła jednak wytrwałym fanom muzyki w obejrzeniu koncertów swoich ulubionych zespołów jak i poznawaniu nowych bandów na naszym rynku muzycznym. Enea Spring Break to z jednej strony bardzo znane zespoły i wokaliści, którzy przeplatani są z młodymi, często dopiero wchodzącymi na rynek muzyczny, ludźmi. To szansa na dotarcie do szerszej publiczności, pokazania się z jak najlepszej strony i prezentacja swojej własnej twórczości, która w wielu przypadkach nie została jeszcze oficjalnie wydana. Wielu utalentowanych muzyków wciąż czeka na szansę wydania swojej wymarzonej płyty. Misz masz gatunkowy i cała gama dźwięków, które temu towarzyszą to najpiękniejsza rzecz jaka przydarzyła się temu festiwalowi.
Powiem świeżości na polskim rynku muzycznym dostaliśmy za sprawą występu nowego zespołu Decadent Fun Club z charyzmatycznym Pawłem Ostrowskim (vel Paveu Ostrovsky) na wokalu. I choć ciężko sklasyfikować ich dźwięki w jednym słowie, to ich domeną jest mocne alternatywne, elektroniczne granie z pewną dozą surowości i zimnym powiewem barw. Do tego doliczyć trzeba niezły, niestandardowy wokal i wyrazistość, którą prezentuje sobą Paweł. Jeśli kupiłem ich muzykę przy premierze Serendipity, po tym koncercie tylko utwierdziłem się w przekonaniu, że warto czekać na ich debiutancką płytę. Mam nadzieję, że znajdzie się na niej Glitterball, bo to naprawdę świetny kawałek.
Podobne wrażenie odniosłem również po koncercie młodziutkiej Mery Spolsky, która swoją charyzmą przebija dziesiątki muzycznych gwiazdeczek na naszym rynku muzycznym. Dziewczyna od samego początku miała na siebie pomysł, skrupulatnie do niego dążyła i z ręką na sercu mogę napisać, że jej się to udało. Sama pisze teksty, komponuje muzykę, stworzyła wizualizacje do swojego występu i sama też zaprojektowała oryginalny strój na scenę. Co najważniejsze jednak umie to zaprezentować na scenie. Może ma swój świat i własne kredki, jak mawiał poeta, ale jest to autentyczne, a teksty którymi nas raczy są naturalne i piękne.
Showcase Kayaxu było w tym roku wisienką na torcie festiwalu. Oprócz Mery, na scenie zaprezentował się także Bownik z singlową Delfiną na czele. To był występ pełny przeciwności. Z jednej strony wokalista ubrany w dres, w którym nic do siebie nie pasowało, a z drugiej naprawdę świetny głos i gra na gitarze. Jeśli ktoś by mi kiedyś powiedział o takim połączeniu, pewnie bym mu nie uwierzył. A jednak, Bownik jest tego przykładem. Równie dobre występy wyszły spod skrzydeł Swiernalisa i po raz pierwszy chyba prezentującej się pod własnym imieniem i nazwiskiem, Pauliny Przybysz. Nowy materiał zapowiada się bardzo dobrze, mam nadzieję, że wkrótce usłyszymy wersje studyjne tych utworów.
Jednym z objawień tej edycji był też występ zespołu Yuuki, z którym po raz pierwszy zetknąłem się właśnie w poznańskim Alligatorze. Zadziorna i stylowa Kasia Wypchło wraz z bandem zaprezentowała nam elektroniczne klimaty z gitarami w tle. Co najbardziej mi się jednak spodobało to głos Kasi, który miejscami jest zimny jak na elektronikę przystało, by potem przeistoczyć się w piękny, soulowy wokal. Z tego co wiem, grupa przygotowuje się do wydania swojej płyty i trzymam kciuki, aby utrzymali wysoki poziom, który zaprezentowali nam na żywo.
Tegoroczna edycja to też kilka ważnych powrotów. Po raz pierwszy od kilku lat na scenie zaprezentowała się Tola, kiedyś jedna druga topowego zespołu Blog27, dziś solowo nic nie przypominająca tamtego brzmienia. Gdy kilka lat temu raczyła nas kilkoma piosenkami (Muse czy Don’t Go), marzyłem o kolejnych piosenkach. Były takie spokojne, wycofane, oddalone i osobiste. Dziś mamy tego trochę kontynuację, ale w jeszcze bardziej alternatywno gitarowej wersji. Tola, brakowało nam Ciebie. Mam nadzieję, że w końcu wydasz płytę.
Drugim powrotem jest natomiast Ramona Rey, która do Poznania przyjechała z całkowicie nowym materiałem, który niedługo wyda w formie płyty. Jeszcze przed koncertem zaprezentowała nam pierwszy singiel Jak Ty, który w przeciwieństwie do jej wcześniejszych utworów, jest bardziej stonowany i surowy. Taka też wydaje się być reszta materiału, która brzmi bardzo owocnie. Na scenie Ramona pokazuje się jak z najlepszej strony.
Na koniec o petardzie scenicznej, którą jest Ralph Kaminski. Na scenie jest „jakiś” – pokazuje nam się ze świetnej strony wokalnej, ma równie dobry kontakt z publicznością i co najważniejsze – prezentowany materiał jest ciekawie przedstawiany. Jest tu pewna doza improwizacji, nic nie jest wyreżyserowane. Wokalista jest naturalny w tym co robi. Widać, że to jego utwory, że każde napisane przez niego słowo i każda wyśpiewana fraza, to jego własne doświadczenia. Nikt mu nie napisał tych utworów, nikt mu nie skomponował muzyki im towarzyszącej. To prawda, która płynie z jego wokalu. Morze może (a raczej na pewno) jest świetne.

