Wszyscy, którym pięć lat temu spodobał się debiut zespołu Empire of the Sun, w końcu doczekali się kolejnej dawki muzycznych wrażeń. Miesiąc temu świat usłyszał nowy album australijskiego duetu. Nie zabrakło charakterystycznej aranżacji i tajemniczego uroku.
Luke Steele oraz Nick Littlemore postanowili w 2000 roku stworzyć zespół grający porywającą muzykę elektroniczną. Tak właśnie powstało Empire of the Sun. Udało im się mimo tego, że Steele komponował już w rockowym zespole The Sleepy Jackson, a Littelmore w Pnau. Jednak to muzyka Empire zauroczyła cały świat swoim dźwiękiem, więc artyści uznali ten projekt za priorytet. Pierwsze reakcje stanowiły głównie zarzuty dotyczące zbyt dużego podobieństwo do MGMT i zbyt gwałtownego powrotu do lat 80-tych. Po sukcesie Walking on a Dream oczekiwania wobec nowego albumu są bardzo wysokie, a artyści wychodzą z siebie, by przeskoczyć poprzeczkę. Wobec tego, żeby mieć chociaż namiastkę poprzedniego sukcesu, duet ponownie zdecydował się na współpracę z Peterem Mayesem, który współprodukował ich pierwszy krążek. Producent znany jest również, ze współpracy z Eltonem Johnem i The Killers.
Ice on the Dune to przede wszystkim dawka pozytywnej energii z wokalem przypominającym nam o najlepszych utworach lat 70-tych. Album promuje klubowo-festiwalowy, letni hit Alive, który wspiął się już na szczyt US Hot Dance Club Songs. Po krótkim wstępie, Luke i Nick szybko porywają nas w pełną onirycznych doznań krainę. Artyści postanowili, tym razem, przedstawić nam w swoich kompozycjach sytuacje z przyszłości. Znajdziemy tam przeboje łączące w sobie elementy disco, elektro i sytnhpopu z dźwiękami nowej fali przełomu lat 80-tych. Uwagę przyciąga również, typowy dla Empire of the Sun, przepełniony kolorami, teledysk do utworu Alive. Tym razem ekipa nakręciła go
w Meksyku, ukazując muzyków w lasach i kanionach, w towarzystwie ludzi przebranych za dzikie zwierzęta. Za reżyserię odpowiada JD Dillard z Kelvin Optical.
Po tym żywym singlu słyszymy od razu Concert Pitch – najprostszą ze wszystkich kompozycji. DNA, Celebrate i Ice on the Dune, to zdecydowanie najlepsze piosenki tej płyty, każda z takim samym potencjałem na wielki przebój. Żywiołowe i przyjemne, bardzo łatwo wpadające w ucho. Z chwytliwym, ale niebanalnym tekstem. Utwór tytułowy jest najbardziej zróżnicowany muzycznie, za to DNA porywa melodyjnym refrenem. Godne uwagi jest również chaotyczne i szarpane Surround Sound zachęcające do tańca w orientalnym stylu. Przy kolejnym utworze Awakening tempo trochę zwalnia i wprowadza nas już w nastrój kolejnej piosenki, którą jest I’ll be Around. To właśnie z niej ucieszą się entuzjaści spokojniejszych melodii. Osoby szukające kompozycji, która zabierze ich na moment w wymarzone miejsce relaksu. Utwór ten hipnotyzuje i doskonale dopełnia album. Keep a watch, utrzymany w tej samej konwencji, aczkolwiek zdecydowanie nudniejszy, zamyka album z zamiarem ukołysania słuchacza do snu. Z pewnością pozostawia on pewien niedosyt.
http://www.youtube.com/watch?v=-mc-9oAO_g8
Niestety, Ice on the Dune kurczowo trzyma się stylu obranego przy Walking on the Dream i nie zaskakuje innowacyjnym brzmieniem. Mimo tego, album stanowi spójną całość, która jest doskonałym połączeniem elektropopu z dźwiękami disco. Choć nie można powiedzieć, że jest lepszy od swojego poprzednika, to nie można też uznać tych 43 żywiołowych minut za stratę czasu. Co więcej, po wyłączeniu płyty, długo jeszcze nuci się refren Alive i DNA.
