Site icon All About Music

Ellie Goulding wystąpiła na warszawskim Torwarze, relacja Pawła Worożyńskiego

Godziny drogi, zniszczone buty,  naderwany staw. Było warto, gdyż w czwartek 6. lutego przeżyłem koncert życia, czyli występ Ellie Goulding w Warszawie.

I to do słownie przeżyłem. Ludzie mdleli jeszcze zanim koncert się zaczął. Niestety Torwar jest miejscem gorącym i to bardzo, jedynym powiewem chłodu i świeżości były momenty, kiedy ludzie otwierali drzwi wchodząc na swoje sektory. Na Torwar przybyłem o godzinie 19:30, drzwi były otwarte już od 18:00, więc bałem się tego co tam zastanę. Pierwsze wrażenie? O Mój Boże, ile ludzi! Nie ma co się jednak dziwić, w końcu koncert został wyprzedany i to dwa razy. Przypomnę, że pierwotnie miał on się odbyć w Arenie Ursynów. Tłum ludzi czekających na wejście i wiele osób z plecakami i kartką o treści „Kupię bilet” zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Był to pierwszy prawdziwy koncert, na który się wybrałem i to jeszcze mojej ulubionej wokalistki. Żałuję, że nie zapytałem jednej z osób poszukujących biletu, ile jest w stanie za niego zaoferować. Z czystej ciekawości, gdyż moich VIP-ówek bym nie oddał za nic. Ale do rzeczy… ostatni papieros i ruszam do wejścia. Z miejsca pojawił się problem. Pani pilnująca wejścia kazała mi pokazać zawartość mojej małej saszetki. Zapytała co tam mam, więc mówię, że aparat. A pod aparatem? – dopytywała. Mówię, że drugi aparat. A pod drugim aparatem? Kamera! Zapraszam Pana do depozytu, proszę przygotować 20zł, jest to suma bezzwrotna. – usłyszałem. Byłem bardzo zaskoczony, gdyż uznałem, że takie informacje powinny być gdzieś wcześniej opublikowane. Powiedziałem, że będzie ciężko, na co Pani oznajmiła mi, że mogę zanieść sprzęt do auta, a jeśli auta nie mam to sprzęt mogę nawet zakopać, co ją kompletnie nie interesuje. Musiałem więc się zgodzić na depozyt. Zaprowadzono mnie do ogromnej kolejki ludzi, którzy musieli coś zostawić. Tym samym organizator koncertu nieźle się obłowił na nieszczęściu wielu uczestników koncertu.

Czas uciekał, a ja stałem w kolejce. Wśród ludzi dało się dostrzec Mroza, który w oczy się specjalnie nie rzucał oraz Dawida Kwiatkowskiego, ale ten temat przemilczę. Powiem tylko, że chyba zapomniał, że nie jest na swoim koncercie. Udało mi się jednak przebić i dotrzeć na swój sektor tuż przed 20:00.  I tutaj kolejny problem! Ochroniarz zapytał, gdzie mam miejsce, mówię, że w sektorze H1, rząd 4, miejsce 6 i 7 (bo na koncert pojechałem z przyjaciółką Emilią). Liczyłem, że pokaże mi gdzie dokładnie mam usiąść ,ale usłyszałem tylko : „No to jest tak w połowie od górnego rzędu„. Niestety nie ogarnąłem się w tym temacie i pytam go ponownie, w końcu pokazał mi, gdzie mam zasiąść, ale już ktoś tam siedział. Nikt nie pilnował tego, czy wszystko jest tak jak powinno. Nawet nie zdążyłem zasiąść i na scenę weszła supportująca Ellie – Chlöe Howl. Ta niespełna 19-letnia wokalistka z Wielkiej Brytanii, zrobiła na mnie piorunujące wrażenie. Nominowana do nagrody BRIT Awards w kategorii Critics Choice Award (w tej samej w, której wcześniej zwyciężyła Ellie), charyzmatyczna, wyrazista, utalentowana, po prostu świetna. Grała zaledwie 30 minut, jednak był to cudowny czas. Polscy fani Ellie Goulding nie zapomnieli także o niej i przygotowali akcję koncertową także dla tej wokalistki. Podczas piosenki Paper Heart spory tłum wzniósł w górę papierowe serca, co wprawiło młodą gwiazdę w takie zdziwienie, że nie mogła zacząć śpiewać.  Wszystko odbywało się zgodnie z czasem, support zakończył się o 20:30. W trakcie 30 minutowej przerwy nastąpiła zmiana instrumentów, zaś w tle leciały jakieś aktualnie popularne kawałki.

Punktualnie, bo o 21:00 zgasły światła. Te emocje, piski, krzyki, telefony, aparaty, światła – coś niesamowitego. Na scenę wkroczył zespół i od razu widać było istotną zmianę. Ellie zainwestowała w chórki, na których skupiać się nie będę ponieważ źli nie byli, jednak momentami wolałbym, aby ich nie było. Blisko 2-minutowy wstęp potęgował moje emocje do tego stopnia, że nogi miałem jak z waty. Pauza i nagle… na scenę weszła piękna, skąpo ubrana blondynka. Euforia blisko 5-tysięcznej publiczności była porównywalna do zbiorowego orgazmu. Pierwszym utworem była kompozycja Figure 8, która dzięki dodaniu elektrycznych gitar nabrała nowego rockowego brzmienia. Podczas tego kawałka piski praktycznie nie ustawały i czasami dawały ostro po uszach, ale nawet było to przyjemne. Jako drugą kompozycję wykonała Ritual, z której brawurowo przeszła do najnowszego singla Goodness Gracious. Jest to także mój ulubiony kawałek z jej repertuaru.Muszę jednak stwierdzić, że wykonała go najsłabiej ze wszystkich utworów na koncercie. Podczas tego numeru miała odbyć się pierwsza akcja organizowana przez fanów, czyli uniesienie w górę tzw. glowsticków czyli świecących pałeczek, na wzór barwnego teledysku do utworu. Jednak w trakcie trzeciego refrenu ludzie zaczęli nimi rzucać na scenę, Ellie kilka razy dostała w głowę. Nie pomogło nawet wtedy, kiedy powiedziała, że tego nie potrzebuje. Ludzie najwyraźniej zrozumieli tylko „Need” i rzucali jeszcze więcej. Wstyd i to nie tylko dla tych co to widzieli, ponieważ akcja poszła w świat, huczał nie tylko Twitter, ale też zagraniczne media.

Wracając do koncertu to składał się on z trzech aktów.  Pierwszy z nich to wyżej wymienione kompozycje plus Animal, Starry Eyed oraz Stay Awake, które miały za zadanie rozruszać publiczność. Na drugą część składały się wolne kompozycje, przy których zadowolone w szczególności mogły być pary, które przyszły razem na koncert. Klimatyczny medley  składający się z coveru grupy Alt-J – Tessellate,  utworu Climax oraz Guns and Horses, mnie osobiście wprowadziły w stan porównywalny z dobrym środkiem odurzającym. Następnie przyszedł czas na cover Eltona Johna, utwór Your Song. Właśnie w tym momencie chcę zaznaczyć, że Ellie cały koncert wykonała na żywo. Dlaczego dopiero teraz o tym wspominam? Ponieważ Ellie ma głos, którego podrobić się nie da i niewątpliwie swój talent otrzymała z niebios. Tym numerem udowodniła wszystkim, którzy śmieli wątpić, że potrafi genialnie śpiewać. A i tak byli tacy, nawet w moim sektorze. I tu kolejny minus dla organizatorów. Kilku mężczyzn, albo miało małą tendencję alkoholową, albo po prostu przyszli na koncert się upić. Przeszkadzali,  śmiali się, twierdzili, że Ellie wyje a ochrona… NIC! Nie przyszedłem na koncert ulubionej wokalistki słuchać kompletnie nieuzasadnionej krytyki ludzi ograniczonych umysłowo. Wkurzające do granic możliwości było już to, że do sektora mógł sobie wejść każdy. Co jakiś czas zjawiał się ktoś, kto nie powinien się tam znajdować, jednak ochroniarz w najlepsze opierał się o ścianę i słuchał Ellie Goulding.

Kolejne wolne kompozycje na setliście, to kolejno How Long Will I Love You, The Writer, Explosions oraz My Blood, które zakończyło ten etap koncertu. Trzecia i ostatnia część koncertu rozpoczęła się brawurowym wykonaniem utworu Salt Skin zawierającego intro z kawałka M.I.A. Bad Girls. Ellie waląca w bębny jak szalona, to widok przepiękny i napawający ogromną energią. Only You, Every Time You Go oraz This Love (Will Be Your Downfall) stopniowo wyciągały mnie z transu w jaki wprowadzono mnie podczas poprzedniej części. Ellie jak i cały band genialnie dawkowali emocje podczas koncertu, wszystko było przemyślane i wykonane bez zarzutu. Kilka słów od gwiazdy wieczoru, że widzi wszystkich nawet tych z tyłu (niestety mieli pecha), na koncercie nie było żadnych telebimów.  Po tej małej pogadance w hali rozbrzmiały pierwsze akordy Anything Could Happen, jednej z najlepszych piosenek w repertuarze Ellie. Ale czy ona ma jakieś złe? I od tego momentu zabawa jak i temperatura w hali sięgnęły zenitu. Następnie zaprezentowała I Need Your Love oraz Light, gdzie wszyscy wyciągnęli latarki, telefony, wszystko co świeciło i stworzyli genialny klimat podczas tego numeru. Ellie mówiła, że to ostatni numer, ale wszyscy wiedzieli, że wróci na bis. I to jaki bis!!!

Kolejna akcja koncertowa. Kilkaset kartek z napisem „You My Everything” wprawiły Ellie w takie osłupienie, że krążyła tylko po scenie, po czym stwierdziła, że Polska ponownie rozwaliła show i nigdy wczesniej czegoś takiego nie widziała. Przypomnę, że w zeszłym roku powiedziała, że koncert w Polsce był jej najlepszym w jej karierze.  Ellie również nadzwyczaj często twittuje o polskich fanach, co nie zdarza się praktycznie nikomu innemu. Pierwszym bisowym numerem było oczywiście You My Everything. Na deser wisienka na torcie czyli Burn, który również nabrał nowego brzmienia. Pod koniec Ellie zakłada na ramię gitarę i gra bardzo interesującą solówkę.

Podsumowując nie chciałbym być na Torwarze w trakcie pożaru, bo ucieczka z niego przy pełnej widowni byłaby raczej niemożliwa. Na pewno przy takiej organizacji, gdzie ludzie wręcz kładli się na siebie podczas opuszczania hali. Nie zmienia to faktu, że była to najlepsza noc mojego życia. W sumie to nie ogarnąłem się jeszcze do dziś i raczej prędko to nie nastąpi. Ale cóż złego w tym, aby żyć najpiękniejszą chwilą. Nie mam wątpliwości, że Ellie Goulding zagra w Polsce ponownie, o czym sama zresztą podczas koncertu zapewniała. Pozostaje jeszcze tylko nadzieja, że bardziej zapamiętała „You My Everything” niż glowsticki.

Exit mobile version