Site icon All About Music

Ellie Goulding wystąpiła na warszawskim Torwarze. Relacja Łukasza Jaćkiewicza i Kamila Kluzy

Zimny sobotni wieczór w Warszawie. Pod halą Torwar znajduje się mnóstwo osób, które chcą spotkać się ze swoją idolką. Jedni przyszli tu sami, drudzy grupowo ze swoimi wszystkimi przyjaciółmi. Powód był jeden – Ellie Goulding.

Przychodząc pod Torwar o 17.30 spodziewałem się, że ludzi będzie dużo. Ich ilość jednak przerosła moje oczekiwania!

Dobry support gwarancją sukcesu

Około godziny 20 na scenie pojawiła się Sara Hartman, która została wybrana na artystkę supportującą europejską część trasy Delirium World Tour. Jeśli ktoś przed wejściem myślał, że jej występ będzie nudny i przewidywalny, to mógł się pomylić. Sam nie będę Was oszukiwał – nie wiedziałem kim jest Sara przed wejściem na Torwar. W momencie ogłoszenia jej występu nie wiedziałem nic o jej istnieniu. Odsłuchałem więc szybko pierwszą znalezioną piosenkę i na tym się skończyło. To był mój wielki błąd! Uwierzcie lub nie, ale jest to niezwykle obiecująca debiutantka. Zaledwie półgodzinny koncert był niezłą mieszanką popowego grania na wysokim poziomie, z którego wybija się jednak troszkę alternatywy. Sara w każdej piosence grała na gitarze, jej głos doskonale się odnajdywał w takich dźwiękach. Trzeba też przyznać, że jej piosenki są bardzo dźwięczne i wpadają do ucha, jednocześnie z niego nie wylatując. To dowód na to, że już wkrótce jej gwiazda może zaświecić jeszcze jaśniej, czego jej oczywiście życzę. Mam też nadzieję, że wkrótce usłyszy o niej cały świat, bo na to zasługuje. A jeśli Was zaciekawiłem jej osobą, to odsyłam Was do posłuchania utworu Monster Lead Me Home – polecam!

Ellie, Ellie!

Nie ukrywajmy jednak, że wszyscy na Torwarze pojawili się, aby zobaczyć gwiazdę wieczoru – Ellie Goulding. Wśród nich byłem ja i mój przyjaciel oraz mnóstwo innych osób, które tworzyły wyprzedany koncert na Torwarze. Było to nasze pierwsze koncertowe spotkanie z tą wokalistką i przyznamy bez ogródek – to było megashow! Ale po kolei. Punktualnie o godzinie 21 zgasły wszystkie światła. Ze sceny zaczęły dochodzić do nas narastające dźwięki Intra, które rozpoczynają całą przygodę z Delirium. Dwuminutowy początek był strzałem w dziesiątkę i nieźle wprowadził nas do klimatu Aftertaste, które wydaje się jego kontynuacją. Pojawia się i ona. Wokalistka ubrana w charakterystyczny dla siebie strój, ujawnia się na ukrytym za wielkimi zasłonowymi kurtynami podeście. Show się zaczyna!

W tym miejscu mógłbym opowiedzieć Wam o każdym utworze po kolei, ale chyba nie na tym to miałoby polegać. Wokalistka zaśpiewała blisko 20 utworów, które przerywane są różnymi interlude’ami. Cieszę się, że w setliście nie pojawiają się jedynie utwory z Delirium. Sama płyta budzi moje mieszane uczucia. Moim skromnym zdaniem wytwórnia za bardzo ciągnie ją w stronę mainstreamu, a przecież widzimy, że choćby na pierwszej płycie tej radiowości było o wiele mniej. Inną sprawą jest jednak, że takie piosenki po prostu nadają się na koncert, bo przecież chodzi o to, żeby się dobrze bawić. I w tym momencie dostaje ode mnie wielkiego plusa, bo koncert naprawdę był udany i bawiłem się na nim świetnie. Sama świadomość jednak tego, że na Delirium mamy 22 utwory, potęguje myśli, że mogłaby powstać cała trasa w oparciu o te utwory. Na szczęście idąc za głosem rozsądku setlista owocuje również w starsze utwory, a większość piosenek z Delirium, które mi się nie spodobały, po prostu się tu nie pojawiają.

Fot. Piotr Tarasewicz / Universal Music Polska

Delirium

Ellie zaśpiewała wszystkie sztandarowe utwory z Delirium. Mowa tu chociażby o Keep on Dancin’, On My Mind czy Don’t Panic. Dla mnie jednak największym zaskoczeniem okazało się wykonanie piosenki Devotion. Na płycie jest to utwór nabity na bardzo elektroniczny bit, który mi przeszkadza. Nie mówiąc już o warstwie muzycznej refrenu, który jest koszmarny. Koncertowa wersja jednak wymiata. Wokalistka chwyta gitarę w rękę i w akustycznej formie pokazuje jak powinien naprawdę wyglądać ten utwór. W pełnej krasie prezentuje nam coś epicko dojrzałego w swojej prostocie, pomijając niepotrzebne elektroniczne chwyty marketingowe. Z bardziej przebojowych piosenek ujęło mnie natomiast Don’t Need Nobody, które o ile w zwrotkach prezentuje się dość skromnie, to już w refrenie i kilkunastu sekundach przed otrzymujemy wielką dawkę energii, jaka jest nam potrzebna na koncertach. To mój numer jeden z bardziej przebojowych piosenek. Podobało mi się również cudowne Lost and Found czy Something in the Way You Move.

Polscy fani jak zwykle przygotowują dla swoich idoli akcje koncertowe, więc i tym razem nie obyło się bez nich. Największym powodzeniem cieszyła się akcja #PolishArmy. Podczas wykonania piosenki Army ludzie wyciągnęli wysoko ponad siebie kartki z takim oto napisem. Zaskoczenia nie kryła również sama wokalistka, która tuż po koncercie umieściła zdjęcie przedstawiające zapis tej akcji. Po raz kolejny udowodniliśmy, że artyści którzy do nas przyjeżdżają, dobrze się u nas czują i zawsze mogą liczyć na jakieś niespodzianki. A było ich więcej – podczas Love Me Like You Do, utworze przy którym każdy z obecnych się bawił, ludzie wyciągnęli kolejne kartki – tym razem jednak z napisem And the Grammy Goes to Ellie Goulding. Kolejny sukces i pozytywny odzew od samej wokalistki. Sama Goulding nie kryła, że jej się u nas podoba – wzięła od polskich fanów naszą flagę, którą umieściła na swojej szyi, założyła opaskę koncertową czy koronę. Dużo jak na jeden koncert!

Same hity

Setlista została wzbogacona również o największe hity wokalistki, bez których nie była by w tym miejscu co teraz. Było oczywiście Figure 8, Burn i I Need Your Love, przy którym odbyła się chyba największa impreza podczas półtoragodzinnego show. Nie obyło się również bez Anything Could Happen i Outside. Największym rozczarowaniem jednak dla mnie było brak Lights – utworu z którego zawsze będzie znana i który pozwolił wybić jej się w tylu nowych rejonach na mapie, oraz piosenki Your Song, która mogłaby zostać zaśpiewana po Devotion. Mimo tego, że mogłyby nie pasować do koncepcji koncertu, to były one potrzebne. Wymieniłbym je za Codes i Around You, które nie przypadły mi do gustu i ma się wrażenie, że Ellie śpiewając je bardzo się męczy.

Dobra produkcja

Jeśli idziemy na koncert artystki pokroju Ellie Goulding, oczekujemy wiele. Czasami jednak czujemy pewny niedosyt, przerost formy nad treścią. W tym jednak przypadku wszystko jest dobrze wyważone, nie dostajemy w każdej piosence tancerzy, którzy często psują nam odbiór utworów. Na scenie pojawiali się w odpowiednich momentach i co najważniejsze spełniali nasze oczekiwania. Byli obok Ellie, nie zasłaniali jej gwiazdy, bo to ona królowała tej nocy. Co ciekawe wokalistka kilkukrotnie sama tańczyła i trzeba przyznać, że nieźle jej to wychodziło. Nie wspomnę już o jej ruchach na scenie, dzięki którym prezentuje się świetnie. Podobnie było z efektami wizualnymi, które widzieliśmy na dwóch telebimach ustawionych po obu stronach sceny oraz w głębi sceny. Dodawały piosenkom uroku i były ciekawe.

Wokalistka przebierała się kilkukrotnie. Oczywiście głownie stawiała na typowe dla siebie szorty i koszulki, ale zaskoczeniem okazała się jasna suknia do ziemi, w której prezentowała się niezwykle apetycznie. Ellie grała również na gitarze i bębnach, czyli typowych dla siebie instrumentach.

1,5 godziny to za mało

Co dobrze się zaczyna szybko się i kończy. Półtoragodzinny koncert minął nam w okamgnieniu, a wychodząc z Torwaru wciąż w głowie mieliśmy ten koncert. Ellie Goulding na pewno spełniła nasze oczekiwania. Było przebojowo, radośnie i każdy bawił się dobrze. Są jednak dwie kwestie, które mnie zdołowały. Takie koncerty są po to, aby się bawić, śpiewać i tańczyć. Ludzie z trybun natomiast cały koncert praktycznie przesiedzieli, co jest smutne, Drugą kwestią jest nagrywanie. Rozumiem, że każdy chce mieć z koncertu jakąś pamiątkę – sam zrobiłem dużo zdjęć i filmików. Nie rozumiem jednak osób, które bite 1,5 godziny stały z uniesionym telefonem nagrywając cały koncert. Pamiętajcie, że prawdziwe emocje i pamiątki najtrwalej pozostają w naszej głowie, zdjęcia i filmiki są tylko dodatkiem. A koncert był przecież mega, prawda?

 

Exit mobile version