Site icon All About Music

Eleni Foureira – Gypsy Woman (2019), recenzja Christiana Cieślaka

Niewielu jest w moim mniemaniu artystów, którzy potrafią połączyć swoją osobowość i twórczość z komercyjnym sukcesem oraz dużą dozą dystansu do wynikającej z niego popularności. Choć pozory mogą mylić, Eleni Foureira w ciągu ostatniego roku, wieńcząc go wydaniem mini albumu Gypsy Woman, z nawiązką udowodniła mi, że nieprzypadkowo stała się ikoną Eurowizji oraz europejskiej muzyki pop.

Gypsy Woman to tak zwana epka. Pięć utworów, prawie piętnaście minut muzyki. Czy to dobrze? A może wręcz przeciwnie? Nie chcę stwierdzić, że dobrze, bo niemożliwym jest ocenić czy udałoby się producentom Eleni oraz niej samej zachować klimat tego wydawnictwa w takiej formie w jakiej jest obecnie. Z drugiej zaś strony nie chcę powiedzieć, że źle, bo choć chciałbym więcej Gypsy Woman, to sądzę, że w tej kilkunastominutowej dawce jest jej tyle, ile w zupełności potrzeba. Jednak nie o długość, czy formę tu chodzi, a o jakość i pomysł, a ten może i jest banalny, ale skuteczny.

Zaczynamy od tytułowego Gypsy Woman, czyli reinterpretacji utworu amerykańskiej wokalistki Crystal Waters z roku 1991, i doprawy jest to początek fantastyczny. Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że jest to piosenka o niebo, ba, o galaktykę lepsza od oryginału z lat 90 ubiegłego wieku. Czemu? Soczysty bit. Klimat modowej ekstrawagancji. No i oczywiście wykonanie tej kompozycji przez samą Eleni, które sprawia, że wierzę w każde słowo wypływający z jej ust, choć z czysto literackiej strony nie są to jej słowa. Uwielbiam!

Drugi w kolejności jest śpiewany w pełni po hiszpańsku El Ritmo Psicodélico, co z pewnością jest ukłonem Pani Foureiry w kierunku jej licznych fanów z Półwyspu Iberyjskiego. Ponownie – wyrazisty i taneczny bit oraz uzależniająca fraza, w tym przypadku „locolo”, zaś w poprzednim „ladadee”. Duet doprawdy banalny i można rzecz, że wręcz głupawy, ale skoro jest skuteczny, poprzez przyciągnięcie mnie do siebie, to znaczy, że to nie był taki głupawy pomysł. Call Ya to subtelna zmiana melodii i jej prędkości, choć patent dokładnie ten sam. Nie zmienia to jednak faktu, że i ten utwór mną absolutnie zawładną, zagnieżdżając się w mych mózgowych zwojach i czyniąc tam naprawdę przyjemne spustoszenie.

Barcelona to drugi już buziak dla Hiszpanów do którego również nie mam żadnych zastrzeżeń. Letni hit całonocnych imprez i to nie tylko w tytułowej Barcelonie, Lonie, Lonie, Lonie. Natomiast Maria to nieco podejrzana dla mnie dama. Nie powiem, że nie pasuje do pozostałej czwórki, a jednak najmniej wyróżnia się na ich tle. Niczego jej nie brakuje, jednak nie pozostawia po sobie poczucia, aby nieustannie do niej wracać i słuchać przez następne dni, tygodnie i miesiące.

Gypsy Woman poza samą muzyką robi coś jeszcze, co zasługuje na kilka miłych słów – opowiada historię. W zależności od interpretacji konkretnych zdarzeń, mówi o życiu kobiety oraz jej podróży, zarówno tej fizycznej, jak i psychicznej. Nie liczy się cel, lecz sama wędrówka oraz to, czego tytułowa cyganka doświadczyła w jej trakcie. To o czym śpiewa, tyczy się zarówno tych dobrych, jak i tych niedobrych chwil, i na tym polega życie. Pomimo bardzo skromnej długości, albumik ten uczynił coś, co niektóre pełnoprawne krążki nie są wstanie uchwycić nawet w dwóch utworach, a tu się to udało w doprawdy prosty, przyjemny i nienachalny, choć to zależne od słuchacza, sposób.

Zbierając to wszystko co napisałem, uważam, że nowe dzieło Eleni Foureiry to wszystko czego potrzebuję od niej na najbliższe parę miesięcy. Gypsy Woman pomimo, że nie jest idealne, to działa w 300% i bawi mnie od samego początku do samego końca. Nie potrafię powiedzieć, co ma w sobie ta kobieta, ale dla mnie jest gwiazdą absolutną i niczego jej nie brakuje. Jest perfekcyjna, choć nieidealna, będąc tego w pełni świadomą i to właśnie za to ją tak bardzo uwielbiam.

Exit mobile version