Był to poniedziałek 9 listopada. Foo Fighters za kilka godzin mieli wystąpić w krakowskiej TAURON Arenie. Wraz z moją dziewczyną jechaliśmy w miejsce występu tramwajem. Jako, że trochę więcej osób niż tylko my chciało obejrzeć Amerykanów po 19 latach w Polsce, pojazd był wypchany po brzegi. Jednak jakoś mi to nie przeszkadzało. Zazwyczaj jestem wściekły i poirytowany, kiedy moja twarz idealnie przylega do szyby (swoją drogą ciekawe, jak idiotycznie wtedy wyglądam dla pieszych i kierowców po drugiej stronie tafli szkła?), ale w takiej chwili się tym zupełnie nie przejmowałem. Jechałem przecież na Foo Fighters!
Gdy dotarliśmy pod halę, poczekaliśmy chwilę na moich dwóch znajomych, z którymi od kilku dobrych lat przemierzam Polskę i Europę, oglądając naszych ulubionych wykonawców. Przyjechali. Po krótkim przywitaniu udaliśmy się w kierunku bramek prowadzących na płytę Areny. Pierwsza kontrola była bardzo szybka – ukazaliśmy bilet z właściwą datą koncertu. Po przebyciu kilkudziesięciu metrów przyszedł czas na kontrolę numer dwa – zeskanowanie kodu z wejściówki. Następnie zostaliśmy prędko i pobieżnie „wymacani” pod pachami oraz w okolicach kieszeni spodni w celu odnalezienia niebezpiecznego przedmiotu (w 99% przypadków inspekcja ta jest ukierunkowana tylko i wyłącznie na wszelakie aparaty fotograficzne, których nie wolno wnosić na teren imprezy, a którymi można by w dobrej jakości nagrać fragment występu, czy nawet cały koncert). Gdy już przeszliśmy przez drugą bramkę, powiedziałem do mojego znajomego: Stary, ta kontrola jest tak niedokładna i mało wydajna, że bez problemu wniósłbym starego Ursusa!
Cztery dni później terroryści zaatakowali Paryż.
Historia ataków, w których zginęło ponad 120 osób, w tym głównie ludzi młodych, jest wam bardzo dobrze znana, dlatego nie zamierzam jej tu po raz kolejny przedstawiać. Chciałbym się jedynie podzielić swoją refleksją na temat tego, czy możemy czuć się bezpieczni w czasie imprez masowych, takich jak właśnie koncerty. Bo śmiem twierdzić, że nie. Nie chcę nikogo zatrważać – każdy ma swoją własną psychikę. Jednak nie będę ukrywał osobistego strachu i przyznam się zupełnie szczerze – boję się, że sytuacja, która wydarzyła się w sali Bataclan, gdzie występowali Eagles Of Death Metal, może powtórzyć się w innych krajach. W tym także w Polsce. Co wtedy?
Piękna i pusta sala Bataclan w Paryżu. To tu życie straciło prawie 100 osób
Nie mam pojęcia. Ale wiem, że jeżeli ktoś kiedyś, odpukać w niemalowane, podejmie się takiego ataku, to koncert muzyki rozrywkowej nadawałby się do tego idealnie. Dlaczego? Bo system ochrony koncertów jest nastawiony na zabezpieczenie występującego artysty, a nie oglądających go ludzi. Liczy się, by nikt nie „przemycił” plastikowej butelki (bo można nią rzucić w kogoś z zespołu) oraz wspomnianych aparatów (wiadomo, dlaczego). Na plakatach przed wejściem na miejsce imprezy standardowo zaznaczony jest zakaz wnoszenia materiałów niebezpiecznych dla życia innych. Ale czy ktoś tego w ogóle dopilnuje? W teorii tak. W praktyce – oczywiście, że nie!
Wiadomo – jeśli ktoś szedłby z Kałachem pod pachą, to wtedy nawet Stevie Wonder zauważyłby, że coś się święci i należy takiego jegomościa wziąć za fraki i zaprowadzić do najbliższego radiowozu. Tyle, że współcześni terroryści, pod względem wyszkolenia, to nie są idioci. Państwo Islamskie przykłada dużą wagę do „edukowania” ich w tej materii. Kilka tygodni temu samolot rosyjskich linii lotniczych rozbił się na Półwyspie Synaj. Dziś mówi się, że nastąpiło to po wybuchu bomby na jego pokładzie. Ładunek ten miał mieć rozmiar pudełka na zapałki. Rozumiecie to? PUDEŁKA NA ZAPAŁKI!!! Przecież taki mały przedmiot można wnieść w swoich majtkach. Ochrona w tym miejscu nigdy nie dotyka swojego petenta, z wydawałoby się, oczywistych przyczyn. Ale czy na pewno tak oczywistych? Czy potrafilibyśmy przejść obojętnie wobec sytuacji, w której okazałoby się, że pewien zamachowiec zdetonował bombę na danym koncercie i wyłącznie dlatego, że pracownik ochrony wstydził się dotknąć go w czułe miejsce? Jak zlikwidować ten problem? O tym za chwilę.
Następna kwestia. Dlaczego security guys nie mają przy sobie żadnej broni palnej? Ich jedynym elementem obronnym jest, w okresie zimnych dni, za duża puchowa kurtka oraz ewentualnie pałka, którą mogliby co najwyżej przestraszyć 8 – letnie dziecko. A, mają jeszcze coś – gaz łzawiący. Wiem to po sytuacji z marca tego roku, kiedy w krakowskim Klubie Studio ochroniarze potraktowali nim pewnego awanturującego się faceta (nie miałbym nic przeciwko, gdyby nie fakt, że zrobili to w wypchanym po brzegi korytarzu z zerowym dostępem do powietrza, przez co znaczna liczba osób, w tym i ja, się prawie udusiła). Wedle relacji świadków terroryści zaatakowali salę Bataclan od wejścia. Gdyby ochrona mogła na tę ofensywę odpowiedzieć ogniem, jestem pewny, że liczba ofiar byłaby zdecydowanie mniejsza.
Wobec tych wszystkich podanych powyżej kwestii chciałbym postulować o dwie rzeczy: a) ochrona imprez masowych musi mieć broń palną do dyspozycji; b) organizator każdego większego koncertu powinien być zobowiązany do przeprowadzenia kontroli identycznej, jak tej na lotnisku. Dotykanie w okolicach intymnych każdego człowieka wkraczającego na teren wydarzenia byłoby na dłuższą metę trochę nie na miejscu, dlatego bramka, piszcząca w momencie wyczucia zagrażającego materiału, ułatwiłaby sprawę.
Zatem, czy w najbliższym czasie możemy się spodziewać bramek kontrolnych przed wejściem na koncert? Nie. Już wyjaśniam, dlaczego.
Po pierwsze: organizatorowi koncertu nie uśmiechałoby się wynajmowanie takiego sprzętu. Inna sprawa, że nie mam pewności, czy ktoś w ogóle takowy biznes prowadzi. Po drugie: znając przepisy BHP oraz innego rodzaju paragrafy, do obsługi takiego urządzenia należałoby przeszkolić personel. Organizator nie posiada zazwyczaj swojej własnej ochrony, a kontraktowana firma ochroniarska na pytanie, czy jej pracownik posiada takowe uprawnienia odpowiedziałaby zapewne: Po co? I tak mu się nie przydadzą. Dopóki będziemy żyli w przeświadczeniu, a tak było do tej pory, że nie jesteśmy praktycznie w ogóle zagrożeni terrorem, nikt procedury kontroli imprez masowych, identycznych jak tych z lotniska, nie wprowadzi. Strzelam, że w większości przypadków rzeczywiście by się nie przydały, gdyż szansa na ataki bombowe w czasie koncertu nad Wisłą jest bardzo mała. Lecz zawsze jest.
Przemysław Rudzki, dziennikarz sportowy, którego bardzo lubię i cenię, na łamach „Przeglądu Sportowego” opublikował ostatnio swój felieton. Odniósł się w nim do kwestii zamachów w Paryżu, patrząc na nie przez pryzmat tego, że w kraju tym za nieco ponad pół roku odbędzie się wielka impreza piłkarska – EURO 2016. Tekst zakończył słowami: Od piątku nie jestem pewien, czy w ogóle chcę tam jechać. Wiem jednak, że odebranie Francji EURO nic by nie dało, bo to samo jutro może wydarzyć się w Warszawie. I jestem przekonany, że pewnego dnia się wydarzy. Specjaliści od spraw zwalczania terroryzmu twierdzą, że żaden europejski kraj nie może czuć się w 100% bezpieczny. Skoro tak jest, to uważam, że wzmożona kontrola w trakcie imprez masowych musi zostać wdrożona oraz każda osoba ochraniająca to wydarzenie musi mieć schowaną za paskiem broń palną.
Nie żyjemy już w bezpiecznym świecie. Tak ja pisałem dwa akapity wyżej: przez dziesiątki lat egzystowaliśmy w nieco utopijnym przeświadczeniu, że celowniki terrorystów ustawione są dziesiątki tysięcy kilometrów od naszego kontynentu. Wydarzenia z zeszłego piątku pokazują, że tak nie jest. Trzeba się do tego powoli przyzwyczajać.

