Grupa z Birmingham ponownie zawitała do Polski na dwa klubowe koncerty, a ostatni dzień weekendu skutecznie umilili licznie zgromadzonym fanom w Warszawie.
To co rzuciło się w oczy już na samym wejściu do hali to różnica wieku wśród przybyłych fanów Editors. Rockowa grupa zadebiutowała w 2005 roku, a ich ostatni krążek Violence, na którym wtrącili kilka elektronicznych dźwięków, ukazał się w tym roku. Ich muzyka przyciąga więc już od ponad 10 lat różne pokolenia. Przychodziły grupy nastolatków, rodziny z dziećmi i małżeństwa z dłuższym stażem. To wspaniałe i inne zespoły mogą pozazdrościć tego ekipie z Wielkiej Brytanii!
W roli supportu w Warszawie zagrał islandzki zespół Vök. Grupa z wokalistką Margrét Rán na czele skutecznie łączy gitarowe brzmienie z klubową muzyką. Ich półgodzinne show minęło mi w mgnieniu oka i zachęcili mnie do okrycia ich twórczości od razu po wyjściu z Torwaru. Olbrzymim plusem było nagłośnienie, które zwiastowało, że nie mamy o co się obawiać podczas występu gwiazd wieczoru oraz gra świateł! Supportujące zespoły często nie otrzymują takiej możliwości, a dla kwartetu z Islandii została przygotowana oprawa idealnie współgrająca z ich muzyką.
Teoretycznie koncert zaczął się jeszcze przed wyjściem zespołu na scenę, kiedy z głośników poleciał głośny i taneczny remix Our Love od Solumana. Muzycy chcieli jednak byśmy o tym kawałku zapomnieli i zaprezentowali nam bardzo dobrze złożoną, przemyślaną od pierwszej minuty setlistę, która zadowolić mogła każdego fana zespołu. Składały się na nią bowiem po minimum dwa utworu z każdej płyty Editors!
Zaczęli od The Boxer, spokojnej kompozycji, która była rozgrzewką dla samych muzyków oraz idealną okazją na zrobienie pamiątkowego zdjęcia telefonem, które na szczęście później nie były już zbyt często wznoszone w górę przez fanów grupy. W kolejnym Sugar przyszedł już czas na nieco mocniejsze granie i pierwsze interakcje z widownią podczas refrenu.
Następne piosenki były przekrojem największych hitów grupy z Birmingham. Był czas na promocję najnowszej płyty kawałkami Hallelujah (So Low), Darkness at the Door czy tytułowym Violence. Pojawiły się też All Sparks i Someone Says z ich pierwszego studyjnego krążka lub Salvation nagrane w 2015 roku.
Najbardziej natomiast w pamięć zapadło mi przepiękne wykonanie No Harm, podczas którego pod naszymi głowami na całą długość Torwaru okazały się różnokolorowe lasery.
Z utworu na utwór Tom Smith coraz częściej przypominał widowni jak charyzmatycznym i ekspresyjnym jest wokalistą. To on był najjaśniejszą gwiazdą na scenie. Oprócz charyzmy, Toma wyróżniają jeszcze jego umiejętności wokalne. Od zawsze byłem pod wrażeniem tego, że na żywo brzmi dokładnie tak samo jak na nagraniach studyjnych.
Chciałbym móc napisać, że energia Toma udzieliła się wszystkim zgromadzonym w Torwarze. Niestety było trochę inaczej. Nie czułem się jakbym właśnie brał udział w klubowym koncercie rockowej grupy, której repertuar to tak naprawdę best of z ostatnich 13 lat. Oczywiście każdy bawi się jak chce, ale sami dobrze wiecie, że inaczej będzie wyglądał odbiór koncertu kiedy wokół was widzicie grono roztańczonych osób.
Dopiero gdzieś pod koniec koncertu, kiedy ze sceny wybrzmiało Papilon, Magazine, Cold czy wyczekane przez wszystkich Munich, pojawiło się więcej rąk w górze i skaczących ludzi, ale dalej to nie było to. Być może Polscy fani Editors czują już lekki przesyt? W końcu ich ostatnia wizyta w naszym kraju odbyła się dosłownie 7 miesięcy temu.
Ta w Warszawie zakończyła się ładnym wykonaniem Smokers Outside the Hospital Doors, a ja, pomimo małego zawodu związanego z publiką, sam bawiłem się wyśmienicie i na długo nie zapomnę tego wydarzenia.

