Site icon All About Music

Editors – In Dream (2015), recenzja Joanny Gulewicz

Ci niepozorni Brytyjczycy, debiutowali już ponad dekadę temu. W międzyczasie zdążyli nagrać pięć albumów, zjednać sobie publiczność i absolutnie olśnić krytykę. Wielokrotni laureaci prestiżowych nagród, przede wszystkim jednak zespół, który otrzymał nominację do Mercury Prize, za którą stoi  British Phonographic Industry, a więc niezależna organizacja, nie zasadzająca się na sztabie marketingowców i specjalistów od reklamy ale wybitnych specjalistach z zakresu muzyki. To właśnie oni, obok takich sław jak PJ Harvey, Portishead czy Franz Ferdinand, znaleźli się na liście nadziei współczesnej muzyki. Czy te nadzieje zrealizowali? Macie szansę sprawdzić to sami, bo początkiem października wrócili z piątym juz albumem – In Dream.

Krążek otwiera singiel No Harm. Bazą utworu są pulsujące syntezatory i darkwave’owy, szeptany wokal, który co pewien czas wybija się bardzo mocno w górę, choć melodia wiodąca pozostaje niezmieniona. Musicie mi wybaczyć, ale trudno dostrzec mi w tym kawałku pełnowartościową kompozycję – traktuję go raczej jako muzyczny prolog, który ma nas wprowadzić w świat albumu.

Prawdziwy początek ma tak naprawdę miejsce dopiero w Ocean of Night. Utwór otwiera melodyjna i pełna lekkości sekcja fortepianu, która płynnie zamienia się w zwrotkę, stanowiąc jednocześnie jej główny filar. To właśnie na klawiszach zasadza się ścieżka wokalna oraz sekcja gitarowa, która pojawia się w drugiej zwrotce. Możemy mieć wrażenie, że kawałek wręcz rośnie w oczach. To oczywiście zasługa zarówno nieustannego podnoszenia się motywu wiodącego na pięciolinii jak i stopniowego włączania kolejnych instrumentów w główny temat kompozycji. No i nareszcie wysokie, mocne i głośne zakończenie – prawdziwa eksplozja dźwięku i głosu na samym końcu utworu. Pogodnie, przyjemnie i bardzo wakacyjnie.

Forgiveness z kolei to już standardowy indie rockowy numer, z powolną gitarą, ospałym wokalem i mocnym refrenem. Charakterystyczny nastrój senności został zbudowany na nieznacznym przesunięciu sekcji gitary i perkusji, względem linii wokalnej w refrenach. Ciekawym zabiegiem jest również rozmieszczenie wokalu i obu gitar na przeciwległych krańcach pięciolinii, dzięki czemu odnosimy wrażenie, że kompozycja wręcz opalizuje, mieni się dźwiękiem.

Salvation dla odmiany przez kilka pierwszych taktów moglibyście pomylić z klasyczną pościelówką. Jest kołysząco, miękko i ze smyczkami w tle.. Nic z tego. Co prawda w zwrotce rzeczywiście mamy do czynienia z obniżonym tempem, ospałym wokalem i kojącą linią melodyczną ale to wszystko tylko po to, by uśpić waszą czujność i zaskoczyć was w refrenie. Nieoczekiwanie robi się intensywnie, głos skacze w wysokie rejestry i ze stłumionego szeptu zamienia sie w pełen splendoru krzyk, pociągając za sobą również instrumentarium. jest donośnie, jasno i wysoko.

Singlowe Life Is A Fear dla odmiany jest zrealizowane według kanonów.. tak, tak – właśnie syntpopowo-darkwave’owych. Szczerze mówiąc, kiedy pierwszy raz usłyszałam ten numer, zastanawiałam się, czy to nie jakaś alternatywna działalność artystyczna zespołu Diary of Dreams. W zwrotkach dominują nisko płożące się dźwięki syntezatorów i równie nisko umiejscowiony wokal. Refreny natomiast przynoszą opalizujące dźwiękiem wysokie rejestry – zarówno elektroniczne jak i wokalne. Jest to klasyczna darkwave’owa budowa i moim zdaniem sprawdza się całkiem nieźle ale oczywiście zdaję sobie sprawę, że to jest gatunek dość wymagający i mający wymagającą rzeszę odbiorców, zatem nie każdemu7 przypadnie do gustu.

The Law spełnia moim zdaniem bardzo podobną funkcję, jak otwierające album No Harm, z tą różnicą, że The Law zbliża się w swoich odcieniach do klasycznego trip-hopowego brzmienia. Ponieważ jednak podobnie jak No Harm kompozycja nie rozwija się w czasie, należy traktować ją jako swoiste zawieszenie biegu albumu (podobnie rzecz się ma z All The Kings i At All Cost). Chyba zresztą dość potrzebne, bo kolejny utwór, Our Love, zostanie wrzucony w stylistykę na poły trance’ową, na poły minimalową a zatem znacznie odbiegającą od synthpopowego Life Is A Fear. Zwrotki bazują na minimalistycznej linii syntezatorów i dość stechnicyzowanym pod względem barwy wokalu. W refrenach wokal jednak wznosi się na pięciolinii, skacząc w wysokie rejestry i pociągając za sobą całe tło muzyczne, które staje się słoneczną i mieniącą się dźwiękiem formułą trance’ową. Mimo tej dość odległej gatunkowo plecionki, kawałek zachowuje ład i harmonię. Podobnie rzecz się ma z Marching Orders, choć więcej tutaj standardowego, indie rockowego instrumentarium, mniej zaś elektroniki.

Muszę powiedzieć, że krążek In Dream był dla mnie naprawdę sporym zaskoczeniem. Wiedziałam, że nie będzie jednoznacznie i na pewno nie dostanę całości, trzymającej się jednej, ściśle określonej stylistyki. Nie sądziłam jednak, że spotkam się z materiałem tak poszatkowanym gatunkowo. Indie rock, synthpop, darkwave, gdzie niegdzie nawet szczypta instrumentarium klasycznego, czy stylistyki trance- i trip-hop-owej. Dla mnie to jednak troszeczkę za dużo i znacznie bardziej cenię sobie In This Light And On This Evening, gdzie również sporo było tych eksperymentów, ale ciężar gatunkowy jednak nie wprawiał słuchacza w zakłopotanie. Jest tutaj kilka fajnych, nośnych numerów ale, jako całość, album uważam za dość niefortunny muzyczny patchwork. Gdybyście jeszcze kilka lat temu zapytali mnie o świętą trójcę indie rocka, bez zająknięcia wymieniłabym The National, Interpol i Editors. Z czym dokładnie mamy teraz do czynienia? Co odróżnia Editors od innych zespołów? Jaki jest ich styl – zapytacie. Otóż nie mam pojęcia!

Exit mobile version