Site icon All About Music

Ed Sheeran wystąpił na Warszawskim Torwarze, gościnna relacja Jakuba Madeja

Eda Sheerana nie da się opisać w kilku słowach. Przymiotników mi i wszystkim innym na pewno by zabrakło, a po jego piątkowym koncercie na warszawskim Torwarze można śmiało powiedzieć, że słownik jest zbyt ubogi, aby opisać to, co się tam działo. Mniej więcej postaram się to Wam wszystkim zobrazować, abyście mogli poczuć się tak, jak ja się czułem trzynastego lutego.

fot. Jakub Madej

Zacznijmy od samego początku, czyli kolejek przy warszawskim Torwarze. Pierwsze osoby zaczęły ustawiać się przy bramkach od godziny 04:00 rano – oznaczało to czekanie na samo otwarcie hali 14 godzin. Jak się jednak później okazało, przyjście tak wcześnie nie oznaczało stanie przy samych barierkach przed gwiazdą piątkowego wydarzenia, ale o tym za chwilę. O godzinie 11:00 po raz pierwszy byłem pod Torwarem i już wtedy było tam jakieś 60-70 osób. Z minuty na minutę fanów jednak przybywało i gdy ostatecznie przyjechałem pod halę o godzinie 13:00, ustawiłem się w sporej już kolejce, w której było co najmniej 100 osób (jedna kolejka do jednej bramki – bramek było sześć). Już po chwili można było zauważyć coś, co jest oczywiście standardem w takich kolejkach, czyli zajmowanie miejsca znajomym. Powodowało to oczywiście coraz większą grupę osób przy samych bramkach, co później wykorzystywały osoby przychodzące przed samym otworzeniem bramek. Nowo przybyłe osoby nie ustawiały się na końcu kolejki, tylko śmiało podchodziły na sam początek kolejki i tam czekały na pozwolenie wejścia do hali. To, co jednak się działo po godzinie 18:00, okazało się prawdziwą paranoją. Ludzie nie rozumieli, że ochrona musi sprawdzić każdego pojedynczo. Z kolejek tak naprawdę nic nie zostało. Ze wszystkich ludzi utworzyła się ogromna grupa ludzi, która ze wszystkich sił parła na bramki, mimo krzyków ochrony, aby zachować spokój. Niestety, ale jeszcze przed samym wejściem byliśmy świadkiem pierwszego omdlenia wśród fanek – szczęście w nie szczęściu, że sanitariusze reagowali naprawdę szybko i najprawdopodobniej obyło się bez większych incydentów.

Po wejściu każdy przybrał inną taktykę zajęcia jak najlepszych miejsc w hali. Niektórzy biegli najpierw do szatni, inni prosto na płytę. Sam należałem do grupy osób, którzy kurtek pozbyli się wcześniej i nie musieli biec do szatni, aby tam zostawić swoje rzeczy – popędziłem więc prosto na płytę, a konkretniej do strefy Golden Circle. Nie udało mi się dostać pod samą barierkę, jednak znalazłem się w trzecim rzędzie, co i tak było bardzo dobrym rezultatem tego, co działo się przed wejściem i biorąc pod uwagę kolejki tworzące się od wczesnych godzin. Niestety, zbyt długo nie odpocząłem od tłumu – po kilku minutach każdy był już otoczony i przytłoczony sporą ilością osób i nie było mowy o ustawieniu się w przynajmniej minimalnych odstępach od siebie. Jak zaczęliśmy w kolejkach stać w ogromnym tłoku, tak do samego końca koncertu to kontynuowaliśmy, jednak jak stwierdziła jedna dziewczyna, można się było przynajmniej poczuć kochanym i przytulanym przez wszystkich wokół. Godzina oczekiwania i w końcu usłyszeliśmy pierwsze utwory tego wieczoru.

Fot. Marta Niewierko
Fot. Marta Niewierko
Fot. Marta Niewierko
[/su_row]

Na scenie zaprezentował się Ryan Keen, który ku mojemu zdziwieniu, został przywitany w niesamowity sposób. Nie spotkałem się jeszcze nigdy, żeby support był przyjęty tak bardzo pozytywnie, co zdecydowanie spodobało się artyście. Muszę przyznać, że przed koncertem zbyt specjalnie nie zaznajamiałem się z utworami Ryana, jednak już po pierwszych dźwiękach gitary wiedziałem, że to będzie coś świetnego. Wokal Keena jedynie mnie o tym przekonał - zasługuje on na granie przed Edem Sheeranem. Ryan oprócz swoich utworów zaprezentował również bardzo dobrze wykonany cover piosenki Bruno Marsa - Uptown Funk. Muszę przyznać, że niesamowicie spodobał mi się repertuar Ryana Keena, jednak jeśli miałbym się do czegoś przyczepić, to dwukrotne zachęcanie do śledzenia go na Twitterze, Instagramie i polubienia na Facebooku. Jest to jedyny szczegół i rozumiem, że Ryan potrzebuje takiej reklamy, jednak każdy, komu spodobała się jego muzyka, z pewnością dodałby go na wszystkich możliwych mediach społecznościowych i nie potrzebowałby dodatkowego “namawiania” do tego. Tak, jak jednak wspomniałem, jest to mały minus, który wyeliminowały dwie, bardzo pozytywne rzeczy. Keen kilkukrotnie zaskoczył wszystkich witając się i pytając, jak się mamy, po polsku. Nie ma chyba lepszej możliwości od zyskania sympatii nowych fanów, niż chwila rozmowy w ich języku. Kolejny plus? Ryan zaprosił do swojego sklepiku po występie Eda, gdzie czekał na fanów, którzy w bardzo dużej grupie poszli zrobić sobie z nim zdjęcie, poprosić o autograf czy chwilę porozmawiać. Świetne pierwsze wrażenie i jestem przekonany, że tym koncertem zyskał sobie przynajmniej kilkaset nowych fanów.

https://www.youtube.com/watch?v=c2QIUOQCxek&feature=youtu.be

Po koncercie Ryana Keena każdy wiedział, że do zobaczenia jego idola zostało już naprawdę niewiele czasu, w związku z czym… tłum znowu zaczął napierać do przodu. Co chwilę można było słyszeć komentarze dotyczące “pchania się wszystkich”. Mi to jednak zbyt nie przeszkadzało, bo wiedziałem, że tylko sekundy dzielą nas od zobaczenia i usłyszenia artysty, którego niektórzy oczekiwali nawet przez kilkanaście godzin pod halą, a kilka miesięcy w swoich domach. W tym momencie się jedynie cieszę, że błona bębenkowa w uchu mi nie pękła i nie wyszedłem głuchy po tym koncercie, bo pisk i krzyk, jaki usłyszałem w momencie wyjścia Eda na scenę, jest po prostu nie do opisania.

Ed Sheeran zaprezentował, można powiedzieć, standardową setlistą koncertową, którą w całości możecie zobaczyć tutaj. Śledząc utwory grane na poprzednich koncertach Eda można było ułożyć setlistę, którą najprawdopodobniej mieliśmy usłyszeć na warszawskim koncercie… i mniej więcej tak było. Sheeran oprócz swoich utworów zaprezentował również cover Steviego Wondera - I Was Made To Love Her, który był po prostu niesamowity! Tak samo, jak każda inna piosenka wykonywana przez brytyjskiego wokalistę. Każdy kawałek miał w sobie coś takiego, że będzie zapamiętany przez każdego fana będącego na koncercie do końca życia. Większość nagrań jest dostępna w Internecie, jednak nigdy w życiu nie odzwierciedlą one tego, co działo się naprawdę w Torwarze.

Na brawa i ogromny szacunek zasługuje akcja wymyślona na kilka dni przed wydarzeniem przez jednego z fanów. Muszę powiedzieć, że o akcji dowiedziałem się w dniu koncertu - a chodziło w niej o to, że przy utworze The A Team wszyscy mieli podnieść kartki z ikonką nagród Grammy i napisem “Grammy For Stealing My Heart”. Nikt się chyba nie spodziewał, że akcja aż tak spodoba się Edowi. Sheeran w pewnym momencie zaczął przyglądać się kartkom - na początku było widać, że nie wie o co chodzi. Po chwili jednak na twarzy Eda pojawił się ogromny uśmiech i wtedy było wiadomo, że akcja była najlepiej trafioną spośród wszystkich możliwych. W pewnym momencie twórca takich hitów, jak I See Fire czy Afire Love wziął od jednej z fanek kartkę, podziękował za nią i schował do kieszeni. Dawno nie widziałem takiego szczęścia na twarzy artysty po akcji fanów.

Mimo początkowych problemów organizacyjnych, podczas koncertu można było pochwalić ochronę, która co chwilę podawała wodę w stronę fanów. Nie jestem jedynie przekonany, czy woda docierała do tylnych rzędów Golden Circle, bo najczęściej butelkę wypijało kilka osób i wszyscy znajdujący się z tyłu GC nie byli w stanie się napić. Skutek? Mdlejące co chwilę fanki, które upadały nieprzytomne lub ledwo trzymały się na nogach. Praktycznie natychmiastowo działała jednak obsługa, która zanosiła te osoby w inne miejsca. Nie trzeba ukrywać, że tlenu w tłumie było bardzo mało i omdleń należało się spodziewać, jednak nie myślałem, że będzie ich tak dużo. Co chwilę można było słyszeć głośne wołania o pomoc, jednak bardzo szybko pojawiała się obsługa, co zasługuje na sporego plusa.

Czego zabrakło mi podczas koncertu Eda? Nie ściągnął on pomysłu od Ryana Keena i nie powiedział ani słowa po polsku. Jest to jednak taki sam minus, jak ten o reklamowaniu się przez artystę grającego support - do czegoś po prostu musiałem się przyczepić.

Największy i najważniejszy wniosek z całego koncertu? Ed Sheeran to Artysta przez wielkie A. Pokazał on, że bez problemu może zapełnić warszawski Torwar (który niestety jest dość małą halą) i najprawdopodobniej tak samo nie miałby problemów z zapełnieniem krakowskiej Tauron Areny. Mocno żałuję, że koncert nie odbył się właśnie w Krakowie, jednak mam ogromną nadzieję, że w przypadku kolejnego koncertu Eda w Polsce, zawita on właśnie do stolicy województwa małopolskiego.

Sheeran pokazał też, że nie potrzeba wielkiego show, aby w każdym kraju na całym świecie mieć przeogromną rzeszę fanów. Ed wychodzi sam, z gitarą, w zwykłym t-shirt’cie, dżinsach i zaczyna śpiewać. Nie ma przy nim ogromnego zespołu, tancerek, fajerwerków czy innych dodatków, bez których niektórzy nie wyobrażają sobie koncertów. Jest po prostu Ed Sheeran, gitara, trochę świateł i fani, dzięki którym piątkowy koncert w Warszawie, brytyjski wokalista, bez wątpienia zapamięta do końca życia.

https://www.youtube.com/watch?v=EXpxtK0qEz0

https://www.youtube.com/watch?v=Lc8u2PfZe0Y

https://www.youtube.com/watch?v=x-aDM19DdjA

https://www.youtube.com/watch?v=-Uhfo2jTAKg

Exit mobile version