Od lat fascynuje mnie brytyjski rynek muzyczny. W ubiegłym roku zauważyłem kilka artystek, które mogą zawładnąć nie tylko rodzimymi listami przebojów, ale także europejskimi. Jedną z nich była kobieca, obdarzona unikalnym głosem i ukierunkowana muzycznie – Dua Lipa, która premierę pierwszego muzycznego dziecka przekładała kilka razy. Ostatnią zmianę daty tłumaczyła tym, że jest perfekcjonistką i wszystko musi zostać dopięte na ostatni guzik. Czy tak się stało?
Imienna płyta faktycznie jest solidna i dopięta na ostatni guzik, choć można zauważyć kilka niedociągnięć, które stają się rażące na tle zebranego materiału. Album, poza małymi wyjątkami w postaci kilku utworów, jest niezmiernie wyrazisty i dojrzały jak na debiutantkę. Dua już od pierwszego singla – New Love, dobrze widziała w jakich brzmieniach czuje się najlepiej, a co za tym idzie, jaki gatunek będzie reprezentowała zarówno jej persona, jak i przyszłe wydawnictwa.
Jeszcze przed oficjalną premierą płyty zdążyliśmy poznać większość utworów, z czego sześć stanowiły single (niektóre wydane dwa razy). Wszystkie kompozycje, w większym lub mniejszym stopniu, utrzymane w klimatach dance’owych charakteryzowały się niezwykłą chwytliwością melodyjną w refrenach i interesującą, wyszlifowaną do perfekcji warstwą muzyczną we zwrotkach. Dziewczyna za sprawą produkcji, tanecznych melodii i mocnego, niskiego głosu pokazała jak powinny wyglądać dobre single (np. Blow Your Mind (Mwah) i Hotter Than Hell) i dała pstryczka w nos koleżankom po fachu.
Dua Lipa to nie tylko skoczna mieszanka muzyczna, która potrafi dać kopa w cztery litery po zerwaniu (IDGAF) ale także wrażliwa dziewczyna. Dziewczyna, która w akompaniamencie fortepianu sprawia, że nasze ciało pokrywa się gęsią skórką (Homesick). Artystka posiada nie tylko głębokie, podparte i niskie partie wokalne, ale również wysokie, których niestety na płycie jest jak na lekarstwo – dlatego trzeba zachwycać się każdą chwilą, w której naszym uszom dostarczana ta muzyczna uczta.
Wśród dynamicznych i spokojnych piosenek znajdziemy też takie kwiatki, które działają źle na wizerunek całego krążka. Ciągnące się jak flaki z olejem i monotonne No Goodbyes, które momentami rozkręca się, a później znów spowalnia. Typowa popowa piosenka, która odstaje od zebranego materiału. Odstaje również Bad Together z podobnych powodów. BT jest bezpłciowe i niczym nie zaskakuje, a w refrenie zachodzi zgrzyt na linii wokal-muzyka.
Used to walk around your apartment
With nothing, but a smile on me
But tonight, I’m so self conscious
Isn’t it so clear to see?
Nothing’s ever perfect in paradise
Don’t know what it’s worth ’til you pay the price
When you bite your tongue does it draw blood?
W warstwie lirycznej nie ma do czego się przyczepić. Nawet najgorsze piosenki mają świetnie skonstruowane teksty. Niejednokrotnie odwołuje się do… motywów biblijnych (Genesis i Garden) oraz stosuje metafory, które sprawiają, że w utwory stają się barwniejsze. Poza tym natkniemy się na piosenki, od których bije młodzieńczy zew (Blow Your Mind (Mwah)), ale też takie, które nas podbudują (IDGAF i New Rules, które osobiście uważam za wierną kopię How To Be A Heartbreaker należące do Mariny And The Diamonds) oraz opozycyjnie – zdołują (np. subtelne i delikatne Thinkin’ Bout You).
Warto było czekać te kilka dodatkowych miesięcy. Zebrany materiał może nie do końca przekonuje za pierwszym razem, ale z kolejnym odsłuchem zyskuje i zyskuje. Dua pogroziła palcem koleżankom po fachu i pokazała, że jako debiut zasługuje na taką samą atencję, co pozostali wokaliści. Artystka ma potencjał, a co najważniejsze – pomysł na siebie. Jeżeli tak ma wyglądać przyszłość brytyjskiego rynku muzycznego, to jestem na tak.

